Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

"Bandirma" - Jan Przęczek

W zatrudniającej mnie agencji dowiedziałem się, że wstępnie zostałem zakwalifikowany na statek z załogą filipińską u armatora ze stuletnią tradycją. Kontrakt podpiszę w jego siedzibie. Jutro po południu wyjazd autobusem do Hamburga, po drodze wsiądzie kapitan i tam się panowie poznacie, na statku jest jeszcze polski elektryk, razem będzie trzech Polaków, reszta załogi to Filipińczycy, wyjaśniono mi.

Na temat załóg filipińskich krążyło i krąży wiele legend a ja po raz pierwszy miałem pracować w składzie międzynarodowym, nic dziwnego, że odczuwałem pewną tremę. Wykorzystując dozwolone dla marynarzy 30 kg bagażu, zabrałem ze sobą dużo książek fachowych i różnych słowników przygotowując się na spotkanie nowego. Na dworzec autobusowy przyjechałem nieco wcześniej, stanąłem z boku przyglądając się jadącym innymi trasami pasażerom. Zamyśliłem się.

- Marynarz? - To było do mnie. Tak, odpowiedziałem odruchowo. Pytającym był starszy pan, prawdopodobnie chciał nawiązać rozmowę. Uśmiechnął się.

To widać, do pracy? - ciągnął, mnie to już nie dotyczy, jestem emerytem teraz jadę z wizytą do córki w Paryżu – dodał.

Jestem starszym mechanikiem – powiedziałem – Czuję się trochę nieswojo, po raz pierwszy będę pracował z Filipińczykami – dodałem.

- Niech się pan nie martwi, to są bardzo dobrzy marynarze, pracowici i spokojni, tylko uwaga: w każdym bardziej atrakcyjnym porcie, niech pan pozwoli im się wyszaleć, oni to podwójnie odpracują w morzu. Odnosić się do nich spokojnie, nigdy nie podnosić głosu, traktować ich grzecznie i zawsze z szacunkiem – nie tolerują grubiaństwa. Da sobie pan radę, o mój autobus podstawiono – dodał i pożegnał się. Po chwili podjechał mój autobus, po rozmowie z nieznanym mi kapitanem, poczułem się nieco pewniej. Po latach, dziękuję Panu, Panie Kapitanie, żałuję że nie zdążyłem się przedstawić.

Schowałem bagaż, wsiadłem, ruszyliśmy, po drodze wsiadł mój towarzysz podróży, koło północy przejechaliśmy granicę. Nad ranem wysiedliśmy na ZOBie w Hamburgu. Przedstawiciel armatora zawiózł nas do Domu Marynarza i po krótkim odpoczynku pojechaliśmy do biura.

Cały dzień zajęły nam rozmowy z armatorem i ważniejszymi pracownikami biura. W trakcie kolejnych spotkań właścicielem, specjalistą od ubezpieczeń, głównym nawigatorem oraz głównym mechanikiem wyjaśniono nam nasze obowiązki, w tym najważniejszy - nie wstydzić się i dzwonić do armatora lub do wyznaczonej osoby przy każdej nawet pozornie nieważnej sprawie.

Następnego dnia rano, wylecieliśmy do Frankfurtu a stamtąd przez Wiedeń do Stambułu. W Wiedniu okazało się, że korytarz nad Jugosławią jest zablokowany przez działania wojenne i trzeba poczekać na otwarcie korytarza nad Węgrami. W Stambule okazało się, że mamy wykupić wizy turystyczne o czym nas nie uprzedzono, przyjmujący nas agent nie mógł się z nami skontaktować do momentu przejścia przez bramki. Ze Stambułu do Antalyi lecieliśmy liniami lokalnymi. Na statku byliśmy tuż przed północą. Przejęcie obowiązków i wstępna kontrola siłowni zajęły mi dodatkowe dwie godziny. Na koniec położyłem się spać, rano zaspałem i nie wstałem na pożegnanie mojego poprzednika. Obudziła mnie dopiero pracująca od godziny siódmej tuż przy mojej kabinie winda ładunkowa.

Zszedłem do mesy, kapitan już tam był. Stołowaliśmy się osobno od reszty załogi, mesa załogowa między posiłkami pełniła rolę świetlicy. Śniadanie zjedliśmy w milczeniu, po posiłku omówiliśmy pierwsze wrażenia i najważniejsze moje zadania. Zanosiło się na kilkudniowy postój.

Po śniadaniu poszedłem do siłowni, drugi mechanik przedstawił mi załogę maszynową, pokazał wszystkie pomieszczenia i urządzenia. Do dyspozycji miałem pełną obsadę wacht oraz elektryka i magazyniera. Jako starszy mechanik pełniłem też wachty morskie, motorzysta mojej wachty miał uprawnienia mechanika. Siłownia była już mocno wyeksploatowana, ale porządnie utrzymana. Sprawdzenie zgodności protokołu przejęcia ze stanem faktycznym zajęło mi czas do obiadu. Po południu sprawdziłem raporty. Błędów wymagających sprostowania nie znalazłem. Przed kolacją zdałem kapitanowi relację i poprosiłem o wysłanie odpowiedniej depeszy do armatora.

Po godzinach pracy pojechaliśmy do biura agenta i po przekazaniu depesz poszlismy zwiedzać miasto. Bardzo lubię spacerować w obcych portach, pozornie bez celu, tym razem był to piękny wieczór końca lata, tuż po zachodzie słońca, Antalya jest ładnym lewantyńskim miastem. Stary port ukryty w skałach i ze schodami wykutymi w skale skojarzyłem z pirackim gniazdem.

Wystawy sklepowe zasypane wręcz wyrobami z osiemnasto - i dwudziestodwukaratowego złota też przemawiały do wyobraźni. Podczas spaceru trafiliśmy do prawdziwej herbaciarni i to było zakończenie wieczoru. Herbaciarnię stanowiły stoliki ustawione na świeżym powietrzu. Na ladzie stało kilka podgrzewających się samowarów. Teraz gdy herbatę parzy się w torebkach zalewanych wrzątkiem a różnicę gatunków poznaje się po cenie i kryterium aromatu wyznaczają gatunki "perfumowane", tak naprawdę smak herbaty jest bez znaczenia. Samowar przenosi nas w inny nieznany świat, którego już nie ma. Obecnie nie spotkamy kelnera rozpalającego samowar, rozdmuchującego malutkim miechem żar węgla drzewnego, podgrzewającego bez pośpiechu wodę, pilnującego aby nie wrzała. Nie ma powoli naciągającej esencji.

Widząc przed sobą cudzoziemców, kelner pouczył nas jak należy korzystać z maleńkich szklaneczek. Popijając herbatę rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, dzieląc się spostrzeżeniami na temat załogi, statku oraz opowiadając o dotychczasowych doświadczeniach.

W Turcji bardzo często zamiast portów w pełni wyposażonych przystosowanych do rozładunku różnego typu statków i towarów zbudowane są pojedyncze nabrzeża wyspecjalizowane do jednego towaru i obsługiwane podczas rozładunku przez urządzenia statkowe. Bardzo często jest to keja krótsza niż statek do niej cumujący. Podobnie było i w tym wypadku, statek rozładowywał się około pięciu kilometrów od herbaciarni. Tę drogę przeszliśmy piechotą.

Miasto skończyło się bardzo szybko i znaleźliśmy się na szosie wylotowej. Szliśmy poboczem, co chwila mijały nas potężne ciężarówki pędzące gdzieś w głąb lądu. Co kilkadziesiąt metrów stały "restauracje" przydrożne, były to bardzo często budy zbite z kilku desek, oświetlone prądem z agregatów, skromnie wyposażone, obsługiwane przeważnie przez właściciela z rodziną odpowiadały na zapotrzebowanie kierowców na dalekich trasach. Tak wyglądała Turcja wieczorem, już nie Europa a jeszcze nie .Azja. Po godzinie znaleźliśmy się na statku, załoga była w komplecie. Zauważyłem, że mimo kilkudniowego postoju drugi mechanik nie wprowadził wacht portowych. Wolni od wachty i pracy siedzieli w mesie załogowej, bosman śpiewał akompaniując sobie na gitarze. Głos miał ładny i mocny, słychać było jego rozśpiewanie. Osobiście jestem niemuzykalny i zazdroszczę każdemu kto gra na jakimkolwiek instrumencie. Filipińczycy śpiewają często przy karaoke, powtarzając podkład wykonywany przez oryginalnego wykonawcę, bosman był wyjątkiem. On miał oryginalny repertuar śpiewał w języku tagalog i po angielsku. Portowcy zakończyli pracę, noc miała być spędzona w porcie, załoga miała trochę wolnego czasu. Nadszedł telegram od armatora , następnym portem miała być Bandirma.

Po kilku dniach rozładunek został zakończony, bardzo szybko sprzątnięto ładownie i wieczorem pod balastem poszliśmy do Bandirmy. Przejście morskie z Antalyi do Bandirmy trwa kilka godzin, cały czas w gotowości do manewrów, co dla mechanika wachtowego oznacza konieczność siedzenia przez cały czas w centrali przy stanowisku manewrowym. Jako ładunek mieliśmy wziąć kaolin.

Przez szybę oddzielającą centralę od reszty siłowni obserwowałem kręcącego się po siłowni Manuela. W siłowni obsługiwanej ręcznie, motorzysta podczas wachty morskiej musi dość dużo chodzić, co chwila widziałem jak wdrapywał się na zbyt wysokie dla niego stopnie. Manuel wzrostem nie różnił się od europejskiego dwunastolatka. Wspinając się po schodni przypominał trochę większego chrabąszcza. Był bardzo ruchliwy, to kontrola wirówki, to uzupełnienie oleju w lubrykatorze, to kontrola łożysk wału i tak w kółko. Rano byliśmy przy nabrzeżu. Do załadunku użyto urządzeń statkowych i miał trwać trzy dni. Turcy podobnie jak większość Lewantyńczyków uważają, że noc jest do spania i po godzinie siedemnastej kończą pracę. Można było obejrzeć nieduże miasto i port.

Po południu podszedł do mnie Manuel:

- Chief wiesz co?

nie wiem.

Na nocnej wachcie zastąpi mnie Bernardo, idę z Emersonem.

Emerson to był ów śpiewający bosman. Zdążyłem już zauważyć podobieństwo charakterów między nimi. Jeżeli na statku coś ciekawego się działo, było z góry wiadomo to albo Emerson z Manuelem, albo Manuel z Emersonem. Obydwaj pracowici i ciągle pełni pomysłów. Emerson był bosmanem z uprawnieniami trzeciego oficera, o ósmej rozdzielał marynarzom pracę i do dwunastej był z nimi na pokładzie, sam robił zawsze coś obok, nie narzucając się ludziom, dyskretnie jednak ich obserwując. Na wieczorną wachtę przychodził na mostek i pełnił po dwie godziny wachty Starszego Oficera i Kapitana. Wśród Filipińczyków Emerson wyróżniał się nie tylko umiejętnością ładnego śpiewania.

OK, idź tylko do rana wróć.

Przyjdę, przyjdę...

Był początek października , Bandirma przywitała nas sprzedawanymi, niemal na każdym rogu tuńczykami. Świeże, po około 2 kg wagi ryby leżały na niewielkich dwukołowych płaskich wózkach. Rybacy głośno zachwalali swój towar. Kupujących było dużo. Wieczorem prawie we wszystkich restauracjach, serwowano pieczonego tuńczyka, kolację zjedliśmy na mieście delektując się rybą z dużą ilością sałaty i pokrojonymi w łódki pomidorami. Po kolacji wróciliśmy z kapitanem na statek. W mieście nie znaleźliśmy nic godnego uwagi. Być może wyszliśmy zbyt późno.

Rano zszedłem do siłowni. Manuel już tam był. Siedział markotny i czyścił wirówkę. Pozdrowiłem go, burknął coś. Obejrzałem urządzenia, sprawdziłem zęzy. Wyszedłem na pokład. Bosman tam był, również sfrustrowany. Na powitanie też coś burknął. Zdziwiłem się obydwaj byli zawsze weseli, coś musiało się zdarzyć.

Sprawa wyszła przy kawie. Manuel i Emerson siedzieli osobno, reszta załogi rozprawiała o czymś na wesoło, rzucając od czasu do czasu jakieś uwagi pod ich adresem. Na koniec, drugi mechanik ksztusząc się ze śmiechu wyjaśnił co było:

- Chief, oni poszli do burdelu.

- No i co z tego?

To było piętnaście kilometrów w jedną stronę i dziewczyny nie takie jak myśleli...

Nie uważasz second, że 30 kilometrów to trochę za dużo na spacer?

Nie chief mogło być dużo dalej.

Zrobiło mi się ich żal, trzydzieści kilometrów w nogach, bez efektu... Za ciekawość jednak trzeba płacić.

Jan Przęczek 

Crio

 Na zdjęciu Jan Przęczek

.