Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

"Decyzja" - Jan Przęczek

Po studiach, pożegnałem stocznię. Nowym doświadczeniem w moim życiu była praca urzędnika w pewnym zjednoczeniu. Pracowałem już jakiś czas i spotkałem Chudego. Pewnego dnia zjawił się w biurze, przedstawił, przyjął obowiązki, zostaliśmy się kolegami. Nasze obowiązki były proste i polegały na kontroli podległych przedsiębiorstw. Wyniki kontroli przekazywaliśmy szefowi w formie notatek. Chudy wyrażał się zwięźle i zawsze na temat. Znał doskonale czynności urzędnicze, podczas kontroli wiedział czego szukać, a to budziło mój podziw. Jemu nie zdarzało się pomylić teczek. Tu trzeba dodać, że pismo źle schowane było stracone. Umiał też "czytać" pisemka, czyli znaleźć "słabostkę" ukrytą w treści, rzecz dla mnie do dzisiaj absolutnie niepojętą. Dzięki niemu zrozumiałem, że praca urzędnika jest moim błędem.

Chudy miał bogatą przeszłość, w myślach porównywałem go do dziecięcej piłki, piłka uderzona mocno o odbija się wylatuje wysoko do góry i spada, uderza w ziemię i ... znowu do góry, jeżeli spadnie w błoto lub kałużę – nie może się odbić .Jak ta piłka uderzał o dno życia i wylatywał w górę jeżeli jednak wpadł w "błoto" podnosił się ciężko nie mogąc się odbić od klejącego się podłoża i mozolnie wracał do góry. Pracował w wielu miejscach i na różnych stanowiskach nieraz bardzo "wysoko" ocierając się o wyżyny ówczesnej władzy i na samym "dole" zsyłany kaprysem "patronów", którym podpadał. Niepoprawny optymista przyjmował z uśmiechem kaprysy fortuny. Znał osobiście wiele "szyszek" w Warszawie i w województwie, tym też bardzo mi imponował. Miał też kilka wad, wszyscy je mamy, ja z szacunku dla niego nie wspominam, bywają gorsze.

-Słuchaj Mały – powiedział podczas powrotu z jakiejś nieudanej delegacji – nie okłamuj się mistrzem świata urzędników to... raczej nie zostaniesz.

-No dobra, coś muszę robić – odrzekłem.

-Taaak, ale to nie twój temperament.

-To co? Mam kraść?

- Zostań marynarzem,

-eeeeeeee

-Nie eeee, tylko się staraj, będzie z ciebie niezły marynarz – zawód masz odpowiedni spróbuj – pisz aplikację do żeglugi – dam ci "kopa", poradzisz sobie to dobrze, nie poradzisz trudno, ale nie będziesz miał do świata pretensji, że nie wykorzystałeś szansy. Szczęściu trzeba pomóc, kusił. Okazało się, że i tam miał jakieś znajomości. Zdecydowałem się, przy okazji wyszło na jaw, że będąc inżynierem nie umiałem napisać podania. Chudy mnie nauczył. Okazało się, że pozornie prosta wiedza, pisz krótko i na temat, była dla mnie niedostępna.

Umiejętność pisania podań i życiorysu, obecnie powszechna wśród młodzieży zaczynającej życie zawodowe, w nie tak dawnych czasach, gdy każdy chciał być "dobrym obywatelem" Polski Ludowej i pracować dla dobra ogółu a miłość do zawodu wysysało się z mlekiem matki uległa zanikowi. Trzeba było zgryźliwości Chudego, bym odpowiednio zredagował podanie i wprost wyłuszczył o co mi chodzi, podał swoje kwalifikacje itd. To nie była tylko moja wada. Kilka roczników młodzieży, wychowywało się w zakłamaniu. Tylko niektórzy nauczyciele wyśmiewali "miłosne pisanie podań", robili to jednak bardzo delikatnie, moda miała błogosławieństwo tzw. czynników i zbytnia prawdomówność mogła zwichnąć ich własną karierę.

Zostałem motorzystą. Po kilku tygodniach zaokrętowałem. Pierwsza podróż, jest jak pożegnanie z dziewictwem i trudno nie pamiętać. Statek nie należał do największych a ładunkiem były puste kontenery. Z portu wyszliśmy późnym popołudniem, krótko byliśmy pod osłoną linii brzegowej. Wyjście na pełne morze odbyło się nocą i objawiło się jednostajnym dość głębokim kołysaniem. Leżąc w koi wyobraziłem sobie, że leżę w kołysce i było przyjemnie. Gorzej było rano: ubranie się, zjedzenie śniadania – jeszcze jako tako – zejście do siłowni... gorzej.

W siłowni hałas, smród i odbijanie się od urządzeń podczas niespodzianych i gwałtownych przechyłów.

Zameldowałem się u II-go.

- Gotów do pracy ? - zapytał.

- Tak – odpowiedziałem.

- To chodź pan... zaprowadził mnie do otwartego karteru agregatu – ten olej wypompuje pan do wiadra i wyleje do tego lejka. Poprzez smród oleju, poczułem w ustach smak jajecznicy ze śniadania.

- Panie drugi – zapytałem niepewnie – a ... śniadanie?

- Jak się prosi na wolność to albo do wiadra albo do lejka, pawia i tak pan nie utrzymasz.

- Uważaj pan, żeby płyt nie zapaskudzić. Można się później potłuc – wyjaśnił.

- Zrozumiałem.

W karterze było około dwustu litrów przepalonego oleju, odległość od końca pompki do lejka nie więcej niż dwa do trzech metrów, praca łącznie z puszczaniem "ptaka" na wolność i wycieraniem płyt zajęła mi cztery godziny, czas od śniadania do obiadu.

Pod koniec wachty drugi mechanik stwierdził – nieźle i kazał iść na obiad.

Podczas obiadu zauważyłem, ciekawe spojrzenia kolegów. Niektórzy z drwiącym uśmiechem przyglądali się młodemu, innym sprawa była absolutnie obojętna. Postanowiłem się nie dać. Pierwszy łyk zupy jakoś przeszedł... powoli zjadłem cały obiad. Chwilę posiedziałem w mesie żeby "starzy" nie pomyśleli, że poleciałem "uwolnić ptaka". Zauważyłem, że niektórzy starzy marynarze też nie czuli się najlepiej. Nikt z nikogo nie drwił… strzeżonego Pan Bóg strzeże i lepiej nie pokazywać słabostek. Powoli poszedłem do kabiny.

Chwila odpoczynku i o pierwszej trzeba było znowu zejść do pracy. Czas do podwieczorku i

później do kolacji jakoś przepracowałem. Wieczorem czułem się już całkiem nieźle. Po pracy, było bezładne leżenie ale "dołek" minął. Przyzwyczaiłem się do kiwania. Choroba morska dotyka absolutnie wszystkich i ludzie opowiadający, że nie chorują – po prostu kłamią.

Trzeciego dnia sztormu minęliśmy Skagen i weszliśmy w cieśniny, kołysanie ustało. Zacząłem poznawać statek. Gdy weszliśmy do Gdyni byłem już "starym matrosem" – Chudy miał rację, w tym zawodzie poczułem się dobrze.

Po młodości "górnej i durnej" znalazłem tuż po trzydziestce swoje miejsce w życiu. Ukończone studia dały mi podstawy kwalifikacji i pozostało nabieranie doświadczenia. Po pół roku zmieniłem statek, później jeszcze jeden i tak po kolei awansowałem zmieniałem statki, stanowiska i otoczenie. W ciągu tych lat statków zebrało się ponad czterdzieści, poznałem też wiele osób. Część z nich to ludzie mądrzy imponujący mi wiedzą lub charakterem a pozostali, jak to... pozostali. Kilka osób omijam "szerokim łukiem patrząc w drugą stronę".

Jan Przęczek

MV.ULRYKEN.14.3.08.

Najnowsze wydanie

Polub nas na Facebook-u