Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

Dom - opowiadanie Jana Przęczka

Jestem zwykłym kotem, ludzie mówią na nas „dachowce”, to nieprawda, nie chodzimy po dachach. Niedawno moje życie się odmieniło. Do tej pory, biegałem sobie swobodnie, mieszkałem w piwnicy. Od czasu do czasu złapałem mysz, czasem ptaszka, a gdy byłem głodny pewna starsza osoba przynosiła dla mnie i pozostałych kotów jedzenie. Prócz miseczki z karmą mieliśmy też osobną miseczkę z wodą.Leżę sobie  na dowolnie wybranym boku

Pewnego razu, pani zniknęła. Burasek, mój brat, stwierdził, że zanieśli ją do wyjącego samochodu i gdzieś zawieźli. Nastały trudne dni, żyliśmy tylko tym co się udało znaleźć lub upolować. Pewnego dnia blisko naszego domu ogrodzono plac. Postawiono kontenery i zaczęły przyjeżdżać samochody. Ludzie jak to ludzie, zajmowali się swoimi sprawami nie zwracając na nas uwagi. Gdyby nie kierowcy zostawiający resztki, teren by nas nie obchodził. Od czasu do czasu musieliśmy z Buraskiem i Łatką (naszą siostrą) walczyć ze srokami o nasze jedzenie.

Wokół placu ustawiono kontenery oraz jedną niedużą budkę, tam przesiadywał człowiek. Gdy rano przyjeżdżały samochody, on wychodził z budki i pomagał je ustawiać, witał się z ludźmi. Potem wszyscy rozchodzili się do pracy, a on z powrotem się chował nie zwracając na nas uwagi. Człowiek co jakiś czas wychodził ze swojego pomieszczenia, obchodził teren dookoła i w niektórych miejscach dotykał ręką do różnych miejsc i wtedy rozchodził się przeraźliwy pisk. Baliśmy się tego bardzo.

Pewnego dnia Łatka zauważyła, że to co piszczy to nie ręka, tylko coś co człowiek trzyma w dłoni. Człowiek nas zauważył.

Pewnego dnia przyniósł dla nas jedzenie, rozstawił miseczki i nasypał po trochę do każdej. Niestety, zanim się zorientowaliśmy, te wredne sroki, skrzecząc, wszystko pożarły. Chyba zauważył, że nic nie dostaliśmy. Wieczorem, gdy sroki poszły spać nasypał nam jeszcze raz. Po raz pierwszy od czasu, gdy pani zniknęła byliśmy najedzeni. Od tego dnia codziennie mieliśmy wcześnie rano i wieczorem napełnioną miseczkę z jedzeniem. Gdy jedzenia zabrakło wystarczyło zamiauczeć i już wychodził człowiek i nasypywał karmę do miseczki. Ludzie pracujący w kontenerach też przynosili nam jedzenie. Było wspaniale.

Niestety, pewnego dnia przyjechał samochód, wysiadła z niego kobieta i… nie wiem jak wyłapała nas troje. Dziwny był fakt, że nie ruszyła „domowych” tylko nas wolno żyjące, swobodne koty, a nie żadnych tam – tfuuu! „dachowce”. Zawieziono nas do … nawet nie wiem jak to nazwać, teren był ogrodzony siatką i strasznie śmierdziało psami i „kocim strachem”. Najpierw zaczęła mnie obmacywać kobieta w białym fartuchu. Później … niestety, przestałem być kocurem. Na koniec wyniesiono mnie gdzie indziej.

Znalazłem się w klatce razem z kilkoma innymi kotami, niestety między nimi nie było ani Łatki ani Buraska. Rozżalony na cały świat zacząłem żałośnie miauczeć wołając swoje rodzeństwo, gdzieś z daleka odezwała się Łatka, była bardzo przestraszona. Zrozumiałem jestem sam.

Moi współtowarzysze niedoli byli bardzo apatyczni, jakby już się poddali, leżeli całymi dniami, wstając tylko do jedzenia i picia. Nocami też pozostawali apatyczni. W sąsiednich klatkach były psy. One często hałasowały, szczekając dniem i nocą bez potrzeby.

Często pojawiali się obcy ludzie, po tych wizytach niektóre psy i koty znikały ze swoich klatek. Pewnego dnia usłyszałem Buraska, z jego głosu wyczułem, że trochę się boi, ale jest zadowolony. Nie wiedziałem co to znaczy. Nie mogłem wyjść z klatki, miauczałem tylko do brata, dodając mu otuchy. Nie wiedziałem co się stało.

Powoli zacząłem się przyzwyczajać do nowego miejsca. Nie musiałem się starać o jedzenie, pozostali towarzysze niedoli wydali mi się bardziej zrozumiali. Wtedy weszli… oni. Jego poznałem od razu to był ten sam człowiek, który nas dokarmiał w dawnym miejscu, jej nie znałem. Zacząłem ocierać się o jego nogi aby dać znać, że go poznałem. Ludzie rozmawiali ze sobą patrząc wyraźnie na mnie. On jakby dał znak, że mnie zna i pogłaskał mnie. Ledwo się powstrzymałem aby go nie ugryźć. Nie lubię takich „pieszczot”. Ludzie gdzieś zniknęli.

Po chwili wrócili z transporterem, wsadzono mnie do środka, zaniesiono do samochodu. Gdy tylko samochód ruszył zdenerwowałem się. W pojemniku pozostał zapach po jakiejś obcej kotce, ona musiała być chora. Nie wiedziałem co robić, zacząłem się rzucać, po pewnym czasie samochód stanął. Pojemnik ze mną zaniesiono do środka do domu. Na koniec otworzono transporter i mogłem wyjść.

Po raz pierwszy w życiu znalazłem się w ludzkim mieszkaniu.

Stałem przez chwilę oszołomiony podróżą. Naprzeciwko mnie wybiegł ze szczekaniem pies, przeskoczyłem go i wpadłem do nieoświetlonego pomieszczenia. Dla mnie było tam wystarczająco jasno, wskoczyłem do jakiegoś dużego naczynia. Jak na jeden dzień miałem dość wrażeń. Zapaliło się światło, a ja szybko wybiegłem gdzie indziej. Schowałem się za dużą skrzynią. Pies nie zmieścił się i został. Nikt mnie nie szukał i siedziałem sobie cichutko.

Później słyszałem niezadowolony głos kobiety i szum wody. Ludzie rozmawiali ze sobą, ale czułem, że o mnie. Słyszałem słowa wanna i łazienka.

Gdy rano wyszedłem ze swojej kryjówki, w naczyniu, do którego załatwiłem się poprzednio stała miska z piaskiem – zrozumiałem, że to dla mnie. W kuchni stała miska z wodą i druga z jedzeniem. Zacząłem rozumieć: to mój dom.

Ostrożnie zwiedziłem moje miejsce pobytu, jego nie było, ona zwracała się do mnie spokojnym i miłym głosem. Zlekceważyłem. Poszedłem dalej, w pomieszczeniu gdzie otworzono mój transporter zauważyłem niewielką szczelinę, wszedłem, w środku były buty. Niektóre z nich miały zapach kobiety, inne jego. Obwąchałem wszystkie, w jednym takim trochę większym zaznaczyłem swoje posiadanie.

Pies cały czas leżał na kocu i przyglądał się podejrzliwie, zlekceważyłem go. W pokoju znowu była szpara, tam dziwnie pachniało wycofałem się. Zdaje się, że poznałem już cały dom. Najtrudniej było przyzwyczaić się do załatwiania. Domyśliłem się, że bezpośrednio do wanny nie należy, zresztą na drugi dzień stanęła w wannie miska ze żwirkiem, zacząłem robić do żwirku. Pewnego dnia zamiast miski postawiono odpowiedni pojemnik. Wreszcie pojemnik przykryto i wystawiono z łazienki na zewnątrz. Gdy drzwi do łazienki zastałem zamknięte, pojąłem jestem pełnoprawnym lokatorem. Moja miska z jedzeniem stoi w kuchni na stole, pies nie może tam sięgnąć. Pojemnik stoi w kącie przedpokoju. Okno na balkon mam zawsze otwarte i latem mogę wychodzić kiedy chcę.

Dowolny bok

W ciągu dnia zdarza się, że moi gospodarze chcą się ze mną bawić podstawiając mi pod nos różne kocie zabawki. Nie wiedzą, jakie to staje się po chwili nudne. Chowam się wtedy do któregoś ze stojących w pokoju kartonów i zasypiam, zdarza się też, że pani ogląda telewizję wtedy kładę się jej na kolanach. Gdy ona chce mnie głaskać, delikatnie gryzę jej dłoń dając znać:

Mnie się to nie podoba. Zrozumiała.

Zauważyłem, że kilka razy dziennie pies wychodzi z domu, ma wtedy obrożę i smycz. Pomyślałem, iż poza domem może być coś interesującego. Zacząłem dawać ludziom znać o sobie i moich chęciach. Na początku nie zrozumieli, dopiero gdy zacząłem skakać do klamki, przyjęli do wiadomości moją potrzebę wyjścia na podwórze. Kupili mi smycz oraz specjalną uprząż. Teraz i ja wychodzę sobie z domu, przeważnie późnym wieczorem i wcześnie rano.

Najpierw wychodzi pan z Norką (to pies), a po ich powrocie pani wychodzi ze mną. Jeżeli zapomni przypominam głośnym miauczeniem i skakaniem na klamkę. Pani musi ustąpić. Staję wtedy oparty przednimi łapkami o drzwi i ona zapina mi najpierw obrożę, a potem napierśnik. Oczywiście idę po schodach ostrożnie i w ten sam sposób wychodzę z domu. Jeżeli pada deszcz, wracam. Gdy jest ładna pogoda robimy sobie dłuższy spacer. Po spacerze, wskakuję na stół zjadam co jest i odpoczywam. Czasami śpię, a od czasu do czasu pomagam Państwu przy różnych pracach domowych.

U ludzi jest mi całkiem przyjemnie, dostaję jedzenie, mam żwirek dwóch rodzajów lawendowy i zwykły, dyskretne miejsce. Mam tylko obawy co do buta schowanego w szafie, but należał do pana i ja go „oznakowałem”.

Dopisek właściciela buta: Okazało się, że to był but roboczy i niedawno był mi potrzebny. Do użycia awaryjnego musiałem zużyć buteleczkę perfum „PLAYBOY MALIBU” i obecnie już drugi tydzień but wietrzy się na świeżym powietrzu!

Jan Przęczek