Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

Muzyka to sztafeta pokoleń - wywiad z Agnieszką Kozłowską

Agnieszka w  Kozlowska monolit press4

Agnieszka Kozłowska – śpiewaczka, edukację rozpoczęła w rodzinnym mieście, w Szczecinie, gdzie uczęszczała do Podstawowej Szkoły Muzycznej oraz Państwowego Liceum Muzycznego w klasie skrzypiec. W czerwcu 2001 r. Agnieszka Kozłowska ukończyła z wyróżnieniem Akademię Muzyczną w Poznaniu na Wydziale Wokalno-Aktorskim.

Artystka była stypendystką Ministerstwa Kultury i Sztuki. Debiut solistki przypada na rok 1999, wystąpiła wtedy na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu, wykonując partię „Papageny” w operze „Czarodziejski flet” W.A. Mozarta. Następnie zaśpiewała „Młodą Galinę” w operze M. Landowskiego „Galina” oraz „Basię” w operze „Krakowiacy i górale” Jana Stefaniego. Obecnie występuje w Warszawskiej Operze Kameralnej. A prywatnie… Okazała się uroczą dziewczyną, która szczerze śmieje się z komedii Woody Allena, potrafi zachwycić się i piosenkami Marylin Monroe, i przebojem Sterophonics.

(Mateusz Królik): Które wydarzenie w twoim życiu miało największy wpływ na twoją artystyczną karierę?

(Agnieszka Kozłowska): Największy wpływ na rozwój mojej kariery miał dzień, w którym wygrałam przesłuchanie na partię „Królowej Nocy” w operze „Czarodziejski flet”. Stefan Sutkowski - ówczesny dyrektor, wielki znawca gatunku i założyciel Warszawskiej Opery Kameralnej, zaproponował mi etat w tej elitarnej instytucji na trzy miesiące przed uzyskaniem przeze mnie dyplomu Akademii Muzycznej w Poznaniu. Debiut w tej słynnej i niebotycznie trudnej roli okazał się moim sukcesem i otworzył mi drzwi do świata wielkich partii operowych, o które kolejno wzbogacał się mój repertuar.

Był to początek mojej solowej kariery, zainicjowany na bardzo wysokim poziomie wymagań, którym szczęśliwie sprostałam.

 

To zwykle słuchaczy pyta się o to, co podoba się im w ich idolach… Ja chciałbym cię zapytać za co ty cenisz swoją publiczność?

Publiczność operowa, to publiczność dość konserwatywna i wierna pewnym ideałom estetycznym. To ona akceptuje, odrzuca i wyznacza określony poziom wykonawczy. Niełatwo jest zaskarbić sobie jej przychylność, ale gdy się na nią zasłuży, potrafi wynieść śpiewaka jak fala i bardzo wspierać. To jest w niej najcenniejsze. Muzyka klasyczna to bowiem świat elegancji pewnej minionej epoki. Trzeba dbać o jej formę, by nie uległa zniekształceniu…

 

Wyjście do opery to nadal „małe święto”?

Póki co do opery czy filharmonii wybieramy się w odświętnych strojach, a artyści dbają o wyszukaną garderobę. Zatem począwszy od rzeczy prozaicznych po przeżycia duchowe, muzyka klasyczna wyznacza swoisty kanon i dyscyplinę. Stawia określone wymagania wykonawcy i publiczności.

Artyści nie istnieją bez odbiorcy i odwrotnie, dlatego tak ważne jest dbanie o najwyższy poziom wykonawczy, o jak najwspanialszy przekaz. Wtedy muzyka staje się nośnikiem, językiem emocji, zrozumiałym dla wszystkich pokoleń i ludzi na całym Świecie. Jest ponadczasowym, uniwersalnym, wiecznie żywym medium.

 

Co jest najtrudniejszą, a co najprzyjemniejszą rzeczą w pracy artystycznej śpiewaczki operowej?

Najtrudniejsze w życiu solistki jest zmieszczenie się po roku w ten sam kostium, czy suknię (śmiech). A tak na serio, to forma zdrowotna. Musimy o nią dbać, tak jak z pogodą, dość trudno jest precyzyjnie określić kiedy i czy nas nie zawiedzie.

Najprzyjemniejsze natomiast jest kreowanie, wcielanie się w postać, przechodzenie za pomocą świata dźwięków do zupełnie odrealnionego wymiaru. To jak istnienie poza czasem, poza uniwersum. Absolutnie piękne przeistaczanie!

 

A czy czasem zdarza się, są może takie momenty, w których życie śpiewaczki przypomina to, co musi odgrywać na scenie? Czy życie to teatr?

Umiejętności aktorskie nie raz przydały mi się podczas negocjacji, nawiązywania nowych kontaktów z ludźmi, czy w sytuacjach całkowitego zaskoczenia, kiedy trzeba coś zaimprowizować. Wtedy można powiedzieć, że tak - życie to teatr. Czasem nawet bywa, że scenariusz teatralny odnajdujemy w naszej rzeczywistości. Posiada on jednak z góry określone zakończenie. 

W życiu codziennym natomiast dokonujemy nieustannych wyborów i od nich tylko zależy jak zapiszemy kolejną kartę naszego kalendarza.

 

Czy jest jakiś „rytuał”, który odprawiasz przed każdym koncertem lub w trakcie? Jeśli tak, to jaki?

Śpiew operowy to połączenie wysiłku fizycznego i intelektualnego. Przed koncertem czy spektaklem pilnuję, by dobrze się wyspać, rozśpiewać, rozluźnić i skoncentrować na zadaniu. Uważam, by świat zewnętrzny nie przenikał za głęboko do wnętrza, gdyż potrzeba wówczas atmosfery wyjątkowego skupienia.

 

Co zmotywowało cię do tego, by zostać śpiewaczką? Jakie były twoje początki?

Do tego by zostać śpiewaczką operową zmotywowała mnie tabliczka czekolady (śmiech). Gdy miałam pięć lat, podczas festynu pod pomnikiem Adama Mickiewicza w Szczecinie, spontanicznie zaśpiewałam zebranej publiczności ludową piosnkę. Nagrodzono mnie wtedy brawami i czekoladą.

Pewien mężczyzna obiecał mi niedawno przytwierdzenie w tym miejscu pamiątkowej, czekoladowej tabliczki. Ciekawe, o jakim smaku będzie? (śmiech)

 

Co było dalej?

Po tej konkretnej motywacji przyszedł czas długiej i żmudnej muzycznej edukacji, pierwszych solowych występów i profesjonalnych kroków stawianych na scenie. Moje doświadczenie i umiejętności dziś pozwalają mi niezmiernie cieszyć się tym zawodem i pasją.

 

Są jeszcze prawdziwi miłośnicy opery, melomani, którzy po udanym spektaklu dziękują owacją na stojąco lub wysyłają kosze kwiatów?

Jako śpiewaczka często ubieram się w bogate kostiumy, noszę piękne suknie, kolie, peruki. Po udanym występie nagradzana jestem brawami, komplementami, przepięknymi kwiatami, a nawet koszami kwiatów.

Bywa, że ktoś odważy się posłać liścik do garderoby. To wszystko, o czym marzy każda mała i duża księżniczka spełnia się na scenie. Jak zatem nie ulec takim pokusom?

 

Co czujesz widząc i słysząc tak częste owacje publiczności?

Gdy po występie publiczność nagrodzi mnie gromkimi brawami, czy owacją, czuję ogromne szczęście, spełnienie, motywację do dalszej pracy. Ale przede wszystkim wielką tęsknotę do kolejnego razu, kiedy to ponownie wyjdę na estradę… I przeżyję te jedyne i niepowtarzalne chwile tworzenia nastrojów, przeżyć i emocji, możliwych tylko w jednym, magicznym miejscu - scenie.

 

Czy inspirują cię jacyś inni artyści? Jeśli tak – jacy?

Inspirowali mnie zawsze wielcy artyści. Jest ich ogromna rzesza…

Świat opery właściwie musi składać się z wybitnych osobowości, gdyż tylko wtedy gatunek ten może w ogóle istnieć i rozwijać się. Wśród nich są ikony opery, takie jak: Maria Callas, Leontyn Price, Placido Domingo, Luciano Pavarotti i wielu, wielu innych.

Bezpośrednio jednak najwięcej zyskałam ucząc się u wybitnych polskich śpiewaków operowych, Krystyny Pakulskiej i profesora Jerzego Artysza. To oni przekazali mi ogromne doświadczenie sceniczne, uwrażliwili i nauczyli pewnej estetyki śpiewu, którą osobiście uważam za najpiękniejszą.

Muzyka, to dziedzina sztuki, która wymaga swoistej „sztafety pokoleń”. Tylko taka wymiana doświadczenia ma szanse przetrwania w nieskażonej formie. Moim mentorom należy się za to wszelkie uznanie i dozgonna wdzięczność.

 

A czego Agnieszka Kozłowska słucha w domowym zaciszu, czyli całkiem prywatnie?

Wbrew pozorom nie słucham za dużo opery. Nie potrafię się od niej oderwać. Gdy już ją nastawię żadne czynności dnia codziennego nie mogą znieść jej konkurencji. Wtedy warzywa nie znajdą się w zupie, lodówka umrze z głodu, a ja wraz z nią.

Wolę gdy w tle słychać utwory: Pink Floyd, Queen, Barbry Streisand, Amy Winehouse, Sade, Bee Gees, Joe Bonamassy, Beth Hart, Stereophonics, Marylin Monroe czy Red Box. W zależności od nastroju, w jakim się znajduję. Nie zamykam się na żaden gatunek, styl czy rodzaj… Dobra muzyka jest ponad to.

 

Jakie jest twoje największe artystyczne marzenie? A może spełniłaś już wszystkie?

Mym wielkim artystycznym marzeniem jest jak najdłużej pozostać na scenie w jak najlepszej formie.

Dałoby to mi możliwość zaśpiewania jeszcze wiele pięknych ról. Marzę o Violetcie z „Traviaty”, o Łucji z „Lammermoor”, Lunatyczce, Norinie z „Don Pasquale” i innych…

Wiele wspaniałych partii operowych dane mi było już zaśpiewać, a nigdy bym nie przypuszczała, że to się uda. Wciąż jednak myślę, że najlepsze przede mną.

Niedługo koncert z Jose Curą w Operze Leśnej w Sopocie. To będzie w mym artystycznym życiu wielkie wydarzenie, w którym wezmę udział jako jedyna solistka-kobieta.

Z Agnieszką Kozłowską rozmawiał Mateusz Królik

Zdjęcia: Małgorzata Wojna

Strona www artystki

http://agnieszka-kozlowska.com/

 

Jose Cura plakat net

 

Agnieszka Kozlowska monolit press6