Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

O planach na następne podróże - wywiad z Michałem Kochańczykiem

Dokąd się wybierasz?
- Już od kilku lat przygotowujemy  się ze kapitanem jachtowym Sławkiem Rudnickim do Przejścia Północno-Wschodniego. To będzie pierwsza polska próba przepłynięcia  jachtem z Atlantyku do Pacyfiku wzdłuż brzegów Syberii. Ale to jest plan na przyszły rok, przedsięwzięcie  wymaga wielu przygotowań. Z resztą samo przygotowanie, zbieranie informacji to jakby wyprawa w wyprawie. A z bieżącymi planami jak zwykle u mnie nigdy nic nie  wiadomo. Jestem wolnym człowiekiem, być  może niespodziewanie na dniach poprowadzę w zastępstwie jakąś wycieczkę do Kostaryki czy Birmy, bo czasami proszą mnie o to biura podróży. W tej chwili wróciłem z Rumunii i właściwie nie mam konkretnych planów, muszę też  w końcu usiąść i dokończyć pisanie książki.

Michał Kochanczyk

Co jeszcze robisz jak nie wyjeżdżasz? Z czegoś musisz żyć.
Jestem wykładowcą akademickim –wykładam  na Akademii Morskiej w Gdyni, w Wyższej Szkole Bankowej  na Uniwersytecie Trzeciego Wieku Uniwersytetu Gdańskiego, na studiach podyplomowych, czasami na AWFiS w Oliwie.  Prowadzę  też  prezentacje w szkołach, bibliotekach, zakładach karnych, prowadzę wycieczki w odległe krainy naszego globu. A poza tym, żyję ze sprzedaży filmów do produktów multimedialnych  oraz zdjęć do podręczników szkolnych czy encyklopedii.  Niedawno Polski Związek Alpinizmu powierzył mi misję utworzenia Komisji Bezpieczeństwa Polskiego Związku Alpinizmu.

Podobno jesteś ostatnią deską ratunku dla agencji czy magazynów, które potrzebują zdjęć.

- W zbiorach mam ponad trzydzieści tysięcy  analogowych diapozytywów z różnych krajów świata, więc jak komuś jest potrzebne jakieś zdjęcie, czasami prozaiczne np. wypalanie łąk, czy nagle w lutym ktoś zapragnie  chabry w zbożu, to ja zazwyczaj to mam.

Nadal się nie przerzuciłeś na aparat cyfrowy?

Broniłem się dość długo przed zapisem cyfrowym, ale już od dwóch lat ż robię zdjęcia cyfrówką, ale w dalszym ciągu uważam, że diapozytywy analogowe mają duszę. Bez porównania.

Ile najdłużej przygotowywałeś się do wyprawy?
- Najdłużej dwa lata, a może nawet dłużej.  Oczywiście zdarzało się , że dostawałem propozycję dzień przed wyjazdem, bo trzeba było kogoś zastąpić. To są jednak skrajne przypadki. Zazwyczaj przygotowanie trwa średnio parę miesięcy.

 

Na  wyprawę na Everest w 1989 roku też przygotowywałeś się dwa lata, ale nie pojechałeś, bo miałeś operację. Napisałeś później, że jesteś przekonany, że gdybyś wówczas nie miał operacji i pojechał na wyprawę, te pięć osób by nie zginęło. Skąd taki pomysł, że coś byś zmienił? Oni zginęli, bo spadli w lawinie śnieżnej..

- Z pewnością każda osoba powoduje pewnego rodzaju zamieszanie, zupełnie inny ciąg zdarzeń. Może wyruszylibyśmy innego dnia, a może po prostu mniej osób w tym samym momencie byłoby na poręczówce? Może ja bym powiedział "rozdzielmy się, to za duże obciążenie". Jestem przekonany, że byłoby inaczej.

Inaczej, to znaczy, że ty też mógłbyś nie wrócić.
- Oczywiście.

Pomyślałeś, że to jest tak niebezpieczne, że nie warto?

Wspinanie w górach wysokich po to wyzwanie ale też niebezpieczna pasja. Dlatego zawsze w czasie wypraw  zwracałem uwagę na bezpieczeństwo. Zdarzało się, że w trakcie wyprawy mówiłem - nie idziemy dalej, poczekamy na lepsze warunki. Czasami trzeba zaś  było zaryzykować, ale po to są przygotowania, logistyka, wcześniejsze zdobywanie informacji, by jak najbardziej ograniczyć ryzyko.. Oczywiście są sytuacje, których się nie przewidzi i trzeba zaryzykować. W tym wszystkim trzeba mieć dużo szczęścia.

Koleżanka umierała Ci na rękach z wycieńczenia, co w tym takiego jest, że nadal ryzykujesz?

Każdy wypadek śmiertelny  jest odbierany przez uczestników wyprawy bardzo głęboko, jest szokiem, z którym trudno sobie poradzić. Ale w miarę mijającego czasu, to zauroczenie górskie sprawia, że znów podejmujemy próby organizacji kolejnej wyprawy. Bo to o wciąga, to jest szkoła charakteru, pokonywanie samego siebie, ale i umiejętność współpracy z zespołem. To jest wartość. Bo na przykład człowiekowi się nie udaje w domu, w pracy, na uczelni. I idzie w góry, pokonuje szereg przeszkód, wraca pewniejszy siebie. Ktoś kto siedzi w fotelu tego nie zrozumie. To jest pasja. Oczywiście, gdy ginie ktoś bliski to nie jest tak, że zapominamy i idziemy dalej. Ale to jest także moment na wyciągnięcie wniosków, doświadczeń. Bo najczęściej powodem tragedii jest błąd ludzki.

 

Gdzie jeszcze Cię nie było?

Nie byłem chociażby w górach Antarktydy czy Australii, ale to może nie są bardzo liczące się góry świata. Starałem się penetrować prawie wszystkie masywy górskie. Ale jeśli nie mówimy tylko o nich, to nie było mnie jeszcze w wielu miejscach na Ziemi, chociażby w Indonezji. Jak mówią Rosjanie - "i tak na wszystkie góry nie wejdziesz i wszystkich dziewczyn nie zdobędziesz. Ale trzeba się starać". Wiadomo, że gór jest na świecie dużo. Wspinam się już 40 lat, ale człowiek nie jest w stanie być we wszystkich masywach. Trzeba by trzech żyć, żeby to wszystko poznać, a pewnie i tak by one nie wystarczyły,

Gdy miałeś cztery lata wyszedłeś z domu w Oliwie na słynna pierwszą wycieczkę do mamy, do Sopotu. Skąd to się u Ciebie wzięło?
- Wspomnienie tej historii znalazłem nawet w pamiętniku ojca, ten mój spacer obrósł legendą rodzinną. Może był początkiem pasji. Zresztą wątek zainteresowań wykorzystuję podczas wykładów. Jak mnie nie słuchają studenci, to mówię przekornie, że "może to państwa nie interesuje, nie jest to dla państwa ciekawe". Bo jest wiele zainteresowań - niektórzy zbierają monety, znaczki, inni uwielbiają modę, kajaki albo historię. Jest cały szereg zainteresowań, ale tylko 5 procent ludzi ma jakiekolwiek zainteresowania. Reszta przychodzi do domu i przełącza kanały w telewizji. Myślę, że posiadanie takiej, a nie innej pasji to sprawa wieloaspektowa. W moim przypadku największą rolę odegrał dom. Gdy miałem pięć lat płynąłem z rodzicami Sanem, gdy miałem osiem lat – Brdą. Później przyszedł czas na jeziora mazurskie, Tatry, Bieszczady, Czarna Hańcza, Sudety. Druga sprawa jest taka, że rodzice podsuwali mi mnóstwo książek, a one rozbudzały  wyobraźnię .Pamiętam przeprawy zimowe z Rodzicami na nartach biegowych przez nasze Oliwskie Lasy. Już wtedy kierowała mną chęć poznania tego, co nieznane.

Nigdy nie miałeś żony. To dlatego, że tyle podróżujesz?
- Myślę, że to kwestia osobowości. Każdy ma oczywiście jakąś potrzebę bycia z drugim człowiekiem, ale w moim przypadku ułożyło się tak, że na początku był świat wypraw i to były najważniejsze. Wtedy tak mi było wygodnie. Miałem 30-40 lat, widziałem moich kolegów, którzy mieli żony, dzieci. Ile stresów oni przeżywali - najpierw żeby mieć odwagę i i powiedzieć im, że wybierają  na wyprawę,  później posłuchać jeszcze co żona na ten temat myśli. Czułem, że oni nie mieli komfortu psychicznego na wyprawie, bo czuli odpowiedzialność, nie tylko za swoje życie, ale i za życie żony , myśleli o dzieciach. To działało paraliżująco. Mój kolega kiedyś zapytał, co by się stało gdyby on nie wrócił. A potem różne scenariusze życiowe (może kiedyś o tym napiszę), sprawiły, że do tej pory się nie ożeniłem. Z pewnością są i pozytywy bycia niezależnym człowiekiem. . Bo jak otrzymuję dzisiaj propozycję udziału w wyprawie czy pilotowania wycieczki, to mogę pojutrze jechać i nie muszę tego z nikim uzgadniać.

Ogólnie jest ci dobrze?
- Zawsze w życiu rosną wymagania - myślę, że mogę więcej. Przychodzi satysfakcja, zadowolenie z wyjazdu, wyprawy, publikacji, bo robię to co lubię, ale później pojawia się niedosyt.

Jeżeli założymy, że nie możesz być podróżnikiem, to kim jesteś?
- Może pisałbym książki podróżnicze, robiłbym coś twórczego ciekawego, co dotyczyłoby geografii, poznawania świata. Może opracowania polskich odkryć geograficznych... Czeka mnie jeszcze opracowanie wielkiego zbioru negatywów mojego Ojca.

Załóżmy, że to nie może być nic związanego z podróżowaniem.
- To może filmy przyrodnicze. Przecież  można np. siedzieć w domu i zrobić film o pająkach. A może bym pisał wiersze, kilka z resztą napisałem.


Opublikujesz?
- One są raczej intymne, osobiste. Pisałem je w różnych momentach życia. W końcu jestem rocznik pięćdziesiąty.

Masz w domu dużo przedmiotów, wszystkie skądś przywiozłeś?

Z wypraw przywożę tysiące zdjęć,  a egzotyczne rękodzieła, zazwyczaj rozdaję znajomym, przydają się wyśmienicie jako prezenty imieninowe. Choć w miarę czasu nagromadziło się w domu sporo tzw. „durnostojek”, znaczną ich część otrzymałem od znajomych podróżników.

Wyobrażasz sobie taki moment, ostatnią wyprawę, jakieś zakończenie podróżowania? Nie pytam o emeryturę, bo w twoim przypadku trudno o niej mówić.
- Dopóki będę mógł, będę się ruszał. Jest tyle polskich rzek, którymi jeszcze nie spłynąłem, tyle miejsc do poznania na świecie. Podczas tegorocznej wyprawy, podczas które zdobyliśmy niezdobytą Tepui Tramen na granicy z Gujaną, kiedy to dostałem zdrowo w kość, mówiłem sobie, koniec z „hardcorowymi” wyprawami, ale jak znam życie, znów mnie gdzieś poniesie,  choć  może nie na taką trudną ekspedycję. Znam  wiele przykładów wybitnych podróżników, którzy do późnych lat życia prowadzili działalność eksplorerską.