Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

O byciu w podróży - wywiad z Michałem Kochańczykiem

Agnieszka Woźna i Marcin Odrakiewicz:

Może na początku powiesz o swojej pierwszej podróży.

 

Teraz, z perspektywy czasu, to brzmi wręcz humorystycznie, ale moją pierwszą samodzielną podróż rozpocząłem w wieku czterech lata. Mieszkałem wtedy tam, gdzie do tej pory mieszkam, na granicy Oliwy i Wrzeszcza. W Sopocie pracowała Mama, a ja postanowiłem poskarżyć się na piastunkę. Widocznie jakaś krzywda mi się stała. Dotarłem do Sopotu  na piechotę wzdłuż linii tramwajowej (wówczas tramwaj jeździł do Sopotu) i już było dla mnie jasne, że przed szerokim światem “nie pękam”.

Michał Kochanczyk

Czy możesz powiedzieć kilka słów o początkach Twojej górskiej przygody.

 

Początki mojej górskiej przygody? Niewątpliwie wielki w tym udział mieli moi rodzice.. – Dom był ciepły, bezpieczny - a jednocześnie pełen pomysłów na aktywne życie. Wspólne wędrówki w Karkonoszach, w Tatrach, w Bieszczadach, spływy kajakowe - to wszystko oswoiło mnie z naturą, no i rozsmakowało w niewygodach wędrówki. Biwakowanie, spanie w namiocie, było dla mnie rzeczą zupełnie oczywistą.

Moje postanowienie o wspinaniu powstało podczas pomaturalnego wypadu w Tatry. Pojechałem razem z Wieśkiem Wawrzyniakiem, późniejszym wieloletnim redaktorem Radia Wolna Europa. Przeszliśmy prawie wszystkie szlaki w Tatrach Polskich. (Dodam jako ciekawostkę, iż weszliśmy na Giewont żlebem Kirkora. Tak się złożyło, że czternaście lat później Witold Kirkor, wnuk zakopiańskiego lekarza Michała Kirkora, zdobywcy drogi na Giewont tym właśnie żlebem, został moim szwagrem). Tak się rozochociłem w łażeniu po szlakach turystycznych, że tych ścieżek było dla mnie za mało i marzyło mi się zboczyć z oznakowanych szlaków, a to było dostępne tylko dla taterników. Toteż gdy na uczelni zobaczyłem plakat Akademickiej Sekcji Wspinaczkowej przy ówczesnym Związku Studentów Polskich, od razu zapisałem się na kurs taternicki. Kurs ukończyłem po dwóch latach, bo jeszcze moją wielką pasją było żeglarstwo, a wakacje z powodu długich praktyk robotniczych i zawodowych  były stosunkowo krótkie.

 

A Twoja pierwsza wyprawa w góry wysokie.

 

Już w szkole podstawowej, zanim zacząłem się wspinać, wiedziałem, że wezmę kiedyś udział w wysokogórskiej wyprawie. Z zapartym tchem pochłaniałem górską literaturę. Największe wrażenie zrobiły na mnie książki Jana Długosza „Komin Pokutników” i Adama Skoczylasa „Biała Góra”. Później, dodatkową inspirację stanowiły filmy i prelekcje znamienitych alpinistów o różnych wyprawach, organizowane w Kole Trójmiasto Klubu Wysokogórskiego. Najbardziej zapamiętałem mistrzowską prezentację przeźroczy Andrzeja Zawady. Andrzej opowiadał o zwycięskiej polskiej wyprawie na Kunyang Chhish 7852 m n.p.m., którą to wyprawą Polacy przebojem wdarli się w grono zdobywców Himalajów i Karakorum.

Gdy tylko zacząłem się wspinać w Tatrach, podszedłem do wspinaczki  z wielkim zaangażowaniem. Dużo trenowałem. Prawie każdego dnia wspinałem się na ceglanych ścianach na opuszczonej linii kolejowej w Brętowie, dzielnicy Gdańska. Wspólnie z Czesiem Jakielem, Andrzejem Posiewnikiem i Piotrem Rzepeckim często urządzaliśmy długie nocne marsze po morenowych wzgórzach z czterdziestokilogramowym pakunkiem cegieł w plecaku, wynajdując po drodze jak największe podejścia. Jakby tego było mało, naszą wytrzymałość po całonocnym  marszu sprawdzaliśmy, wchodząc na pętlach na kilkanaście wysokich sosen. Taki mieliśmy rytm treningu przed sezonem zimowym. Już w pierwszym zimowym sezonie wziąłem udział w zimowym kursie taternickim w Morskim Oku.

Wspinałem się aktywnie, przeszedłem tak latem jak i zimą sporo wielkich ścian tatrzańskich. Zostało to zauważone w środowisku i  zimą 1973 roku Jurek Milewski i Jurek Zieliński zaproponowali mi udział w akademickiej wyprawie na  Noshaq 7492 m w Hindukuszu

Afgańskim. W przygotowanie wyprawy włożyłem dużo serca i pracy, tak że nawet zawaliłem rok na uczelni, ale uczelnia wtenczas była dla mnie na drugim planie. Ale już wiedziałem, że przygotowanie wyprawy, to wyprawa w wyprawie.

Nie pojechaliśmy w Hindukusz do Afganistanu. W tym czasie był tam przewrót polityczny, pozbyto się króla, a prócz tego koledzy z Warszawy przegapili długotrwałe formalności wizowe. Po miesiącu oczekiwań pojechaliśmy w Pamir Radziecki, dziś byśmy powiedzieli Pamir Tadżycki. Chcieliśmy wejść  na Pik Komunizmu 7483 m.

Była to pierwsza moja wyprawa, ale też była to wyprawa niezwykle karkołomna. Już na samym początku z Duszambe, stolicy Tadżykistanu, chciały nas odesłać do kraju tamtejsze władze sportowe, będące w rosyjskich rękach, bo nasz wyjazd nie mieścił się w tamtejszych planach, a tam wszystko musiało być „po płanu”. Na szczęście wykorzystywaliśmy tamtejsze relacje społeczne i polityczne. Poparł nas... Komitet Centralny Komunistycznej Partii Tadżykistanu, z którym przypadkowo się zaprzyjaźniliśmy i który skorzystał z okazji, by w jakiś sposób pokazać niezależność wszędobylsko panoszącym się tam Rosjanom.

Na miejscu wszystko szło jak po grudzie. Czekaliśmy długo na helikopter. Lotnictwo było w rosyjskich rękach i niechętni nam Rosjanie, długotrwałe oczekiwanie na przelot tłumaczyli akcją powodziową, prowadzoną w innym rejonie. Skorzystaliśmy z pomocy Tadżyków i ukryci w ciężarówkach dotarliśmy do doliny rzeki Obichingou. Następnie przez dziesięć dni szliśmy z karawaną koni i mułów dnem doliny do bazy w Bieriezowoj  Roszczi u podnóżna lodowca Garmo. Było to dramatyczne przejście. Na stromych zboczach muły spadały w przepaść wraz z naszym ładunkiem. Straciliśmy niemal całą naszą apteczkę. Z trudem przedarliśmy się przez rwącą rzekę Kirgizob. Rosjanie z helikopterów obserwowali nasz marsz w górę, ale dziwo nas nie zatrzymywali.

Bazę założyliśmy późno – 23 września. Podczas pierwszego podejścia pod południową ścianę Piku Komunizmu Jurek Zieliński na lodowcu Garmo wyłamał sobie rękę w barku. Ten wypadek i małe zapasy żywnościowe spowodowały, że zdecydowaliśmy się zmiany i wejść na sześciotysięczny Pik Moskwa. Prawie całą ekipą udaliśmy się poprzez lodowce Dorofiejewa i Gando do podnóża Piku Moskwa. Moja działalność górska tutaj się zakończyła, bo popisując się szybkim marszem na lodowcu, sforsowałem sobie serce i nabawiłem się arytmii oddechowej. Przez pięć dni w dużym załamaniu pogody, walcząc ze swoim nierównym oddechem, czekałem sam w namiocie na lodowcu na kolegów. Mieli wrócić po dwóch  dniach. Wrócili cali, szczytu niestety nie zdobyli.

W tej wyprawie zdobyłem sporo doświadczeń. Przede wszystkim poznałem swój organizm i już wiedziałem, że w górach wysokich należy w  sposób równomierny rozkładać swoje siły. Te doświadczenia zaowocowały podczas kolejnych dwudziestu wypraw w góry całego świata.

 

A.G. i M.O.: A jak szkoła wpłynęła na pana drogę życiową?

M.K.: Chyba w niewielkim stopniu. Na pewno pewien wpływ miał nauczyciel geografii,  profesor Jan Winklewski.  Był żeglarzem i starał się nam pokazać trochę świata od innej strony niż na tradycyjnych lekcjach. Moja chęć poznawania świata narodziła się przede w domu oraz w kręgu kolegów z którymi poznawałem najbliższą okolicę.

A.G. i M.O. Czego poszukujesz w życiu?

M.K.: Szczęście nie ma swojego adresu. Są ludzie, którzy od razu znają swą drogę życiową – powołanie lub predyspozycje. Są też osoby, takie jak ja, które całe życie będą szukały. Na pewno dużo zadowolenia dają mi egzotyczne wyprawy, choć najwięcej satysfakcji mam podczas udanych wypraw w góry wysokie. Chciałbym zrobić twórcze filmy geograficzno – podróżnicze. Reportaże, które pokazują uniwersalność tego świata, zjawiska, które są powszechne na całym świecie,  mimo że są najbardziej nawet egzotyczne. Wszak niedaleko od ruchliwej autostrady można znaleźć takie ciche i spokojne miejsca, w których możemy odpocząć od tego zaganianego świata, w którym każdy chce jak najszybciej zrobić karierę. Miejsca, w których jest ciekawie, twórczo, gdzie ludzie żyją we wspaniałych wspólnotach, ale takich miejsc jest niestety coraz mniej.

A.G. i M.O. Czy ten cały zgiełk cywilizacyjny spowodował, ze szukasz czegoś innego, jakiejś odskoczni?

M.K.: Mamy jedno życie i trzeba je pięknie przeżyć. Każdy może sobie wygodnie usiąść w fotelu i włączyć jeden z wielu kanałów podróżniczo – przyrodniczych, ale zawsze jest tylko biernym odbiorcą. Podczas wyprawy natomiast sam kreujesz przygodę. W telewizji odbierasz to wszystko tylko wzrokowo, natomiast tam na miejscu odbierasz  rzeczywistość wszystkimi zmysłami.

A.G. i M.O. Co czujesz, kiedy się wspinasz?

M.K.. To tak zazwyczaj bywa:  Jak jestem wysoko, to marzę żeby być w domu, ale z kolei kiedy jesteśmy tu, to już pragnę, żeby być tam. Czuję oczywiście olbrzymie zadowolenie i frajdę. Czuję, że żyję pełnią życia. Zawsze jest satysfakcja z dobrze przygotowanego przedsięwzięcia, nawet jeśli samemu się nie weszło, to jest radość, że kolegom się udało. Jest w tym trochę euforii, trochę refleksji.

A.G. i M.O.Jak ważny jest partner we wspinaczce?

M.K.:Partner jest bardzo ważny. Ja nigdy nie wspinam się solo. Oprócz wyszkolenia, musi być zrozumienie miedzy wspinającymi się. Warto mieć partnera, który jest ciekawy, twórczy, z polotem, wesoły, potrafi zaśpiewać. Czasami zdarza się, że kiedy jeden z partnerów ma słabszą chwilę, to wtedy jego towarzysz prowadzi w trudnościach, potem gdy z kolei tamtemu „siada psycha”, to pierwszy przejmuje prowadzenie.

A.G. i M.O.Czy to nie jest tak, że im więcej się wspinasz, tym więcej chcesz? Czy odczuwasz narastającą żądzę?

M.K.:Oczywiście, bo cały czas jest rywalizacja. Ta konfrontacja: ja zdobyłem jeden szczyt, moi koledzy dwa. Ktoś prowadził akcję w jakimś ciekawym paśmie górskim, to ja dotrę do jeszcze bardziej atrakcyjnego łańcucha górskiego.

A.G. i M.O.To chyba niebezpieczne.

M.K.:Całe moje zajęcie jest niebezpieczne, ale zobacz ile milionów ludzi chodzi po Tatrach i ile osób tam ginie rocznie, a ile osób ginie na drogach.

A.G. i M.O. Brałeś udział w wyprawach, w których ginęli Twoi koledzy.

M.K.:Niestety, miałem trzy takie sytuacje, że koledzy zginęli na wyprawach.

A.G. i M.O.Czy wtedy jest tak, że cała wyprawa zawraca, czy też idzie się dalej aby zdobyć ten szczyt i uwieńczyć włożoną w to pracę również zmarłych kolegów?

M.K.:To bardzo różnie bywa. Czasami wyprawa się załamuje, a czasami idzie dalej. Wspinałem się w Himalajach Zachodnich w 1985 roku  na największej ścianie świata, na Nanga Parbat,  na  tzw. Flance Rupal . Podczas wyprawy lawina porwała mojego kolegę Piotrka Kalmusa. Ja byłem w pobliżu wypadku, zszedłem po kolegę, odnalazłem w potężnym polu lawinowym Piotra. Niestety, tysiącmetrowy lot w lawinie zakończył się tragicznym skutkiem.. Jurek Kukuczka był w tym czasie w najwyższym obozie, rezygnacja z ataku szczytowego i tak nie przywróciłaby życia Piotrkowi. Zatem wspólnie zdecydowaliśmy, że akcję górską trzeba prowadzić nadal. Trzy dni później Jurek Kukuczka z towarzyszami osiągnęli wierzchołek. Ale brałem też udział w wyprawach, kiedy to śmierć kolegi była bezpośrednią przyczyną zakończenia wyprawy.

A.G. i M.O.Byłeś na tej górze, na której zginął Jerzy Kukuczka , na Lothse?

M.K.:Nie, mimo iż byłem wtedy w świetnej formie. Natomiast w przyszłości może się tam wybiorę.

A.G. i M.O.A jaka była twoja ostatnia wyprawa?

M.K.:W październiku 2002 roku wziąłem udzial w wyprawie naukowo-alpinistycznej  na tepui do Wenezueli, w dorzecze Orinoco.. Są to wielkie stoliwa, zbudowane ze skał osadowych, ograniczone kilkusetmetrowymi , pionowymi  ścianami skalnymi, o powierzchni kilku, do kilku tysięcy kilometrów  kwadratowych. Przez wiele milionów lat nie było żadnej komunikacji genetycznej pomiędzy „góra” a „dołem”, w związku z czym występuje tam wiele endemitów. Jest to bardzo ciekawy temat dla naukowców, ale też i wyzwanie dla alpinisty. Na około dziewięćset tepui tylko kilkanaście zostało zbadanych przez naukowców.. Z jednego z tych Tepui spływa najwyższy wodospad świata – Salto Angel o wysokości niecałych tysiąca  metrów.

 

A.G. i M.O.Jaka była największa ciekawostka biologiczna, zoologiczna, jaka zobaczyłeś podczas wypraw?

M.K.:Kiedyś w Nigrze omal nie nastąpiłem na zieloną mambę. Sparaliżowało mnie. Miałem też spotkanie z czarną pumą w Amazonii. Przerażające było, kiedy podczas wspinaczki w Patagonii krążyło nad nami sześć kondorów, tylko czekające aż upadniemy. Ale się nie daliśmy.

A.G. i M.O.Z jakiej wyprawy jesteś najbardziej dumny?

M.K.:Tak jak rodzic mający kilkoro dzieci, ale kochający wszystkie jednakowo, tak ja jestem dumny ze wszystkich wypraw. Jeśli chodzi o wymiar sportowy, to na pewno wyprawa na Fitz Roy – jedna z najtrudniejszych gór świata w Patagonii. Mam też dużą satysfakcję z wyprawy w 1981 roku w Himalaje Garhwalu. Jako pierwsi Polacy pojechaliśmy do gór otaczających jedno ze źródeł Gangesu – dolinę Gangotri. Tam zdobyliśmy cztery trudne szczyty, w tym jeden siedmiotysięcznik. Mieliśmy bardzo nikłe pojęcie o eksploracji tego regionu.

A.G. i M.O.Jakie warunki musi spełniać osoba chcąca się wspinać?

M.K.:Przede wszystkim musi chcieć. To w sumie wszystko. Oczywiście wspinaczka, alpinizm, to dużo wyrzeczeń, ćwiczeń i zaradności. Musi być ciekawy świata, otwarty, znać języki. Powinien dbać o kondycję fizyczną i nie palic papierosów.

A.G. i M.O.A jakie znasz języki obce?

M.K.:Nie mam zdolności fonetycznych i lingwistycznych, ale mam w miarę dobrą pamięć. Płynnie mówię po angielsku, hiszpańsku, szwedzku, rosyjsku, Hindi i słowacku. Oprócz tego znam Hausa, Keczua, Aimara, Lozi, Nepali, Urdu, uczę się języka tybetańskiego. Do nauki języków trzeba dużo samozaparcia. Ja sporo nauczyłem się podczas podróży,  a w domu  sam uczę się języków.

A.G. i M.O.A jak dbasz o kondycję fizyczną?

M.K.:Dużo biegam, jeżdzę na rowerze. Nalepszym treningiem do wpinaczki jest sama wspinaczka.

A.G. i M.O.Jak ważna jest siła rąk?

M.K.: To takie obiegowe powiedzenie, że alpinizm to 90% głowa, 9% nogi, a 1% to to są ręce. Podczas wspinaczki na bardzo trudnych ścianach siła rąk ma bardzo duże znaczenie.

A.G. i M.O.Zbierałeś pieprz w Indiach, kopałeś złoto w Amazonii, zakładałeś ogródki kwiatowe na Alasce. Co jeszcze tak niesamowitego i ciekawego robiłeś?

M.K.:Wprowadzałem klientów na Aconcagua, najwyższą górę Ameryki Południowej. Sprzedawałem obrazki w Szwecji, podając się za studenta ASP, oprowadzałem turystów po Meksyku i Tajlandii., filmowałem akcję podczas wielu wypraw w góry wysokie. Wykonywałem  wiele skomplikowanych remontów na iglicach różnych obiektów sakralnych w kraju.

A.G. i M.O.Jaki jest najwyższy szczyt, który zdobyłeś?

M.K.: Uczestniczyłem w wyprawach na ośmio i siedmiotysięczniki, ale najwyższym szczytem, który zdobyłem dwukrotnie była Aconcagua.

A.G. i M.O.Skąd czerpiesz dochody na wyprawy?

M.K.:Wykonuję filmy na zamówienie, robię prace na wysokościach, pracuję jako instruktor alpinizmu. Sprzedaję swoje fotografie, a poza tym są sponsorzy i dotacje.

A.G. i M.O.Masz jakiś sprzęt, który zawsze używasz?

M.K.:Oczywiście. Mam swój własny sprzęt, ale często na wyprawę otrzymujemy wyposażenie od różnych producentów i dystrybutorów. Niektóre firmy czasami mają aktualnie dobry okres na rynku i sponsorują wyjazdy.

A.G. i M.O.Czy było takie miejsce na Ziemii, gdzie stwierdziłeś: „zostaję tu, nie wracam do domu”?

M.K.:Były może takie refleksje, że warto by postawić tu sobie domek albo, że chciałbym tu jeszcze wrócić po latach. Tu jednak jest mój dom, najbliżsi, przyjaciele. Miejsce tworzą ludzie. Tak jak Kellus śpiewa w swoich piosenkach: Nie fetysz granic mnie tu trzyma, lecz miejsca i w tych miejscach przyjaźń. Poza tym przy moich kontaktach łatwiej jest mi startować stąd, niż z innego kraju.

A.G. i M.O.A W jakie miejsca, w których byłeś chciałbyś jeszcze pojechać?

M.K.:Na pewno do Patagonii i w łańcuchów górskich Himalajów. Na pewno środek Sahary oraz do Tybetu.

A.G. i M.O.Na ścianie masz piękną modlitwę za nowy dom. Jak traktujesz dom? Więcej czasu spędzasz chyba poza nim niż na miejscu?

M.K.: Mieszkam w domu przy ulicy Drożyny w Oliwie w tym samym mieszkaniu od urodzenia. To miejsce jest dla mnie bardzo ważne, związane z ciepłymi wspomnieniami z dzieciństwa i sukcesami i porażkami wieku młodzieńczego. Stąd zawsze wyruszałem w świat. Zawsze tutaj wracałem, tutaj rodziły się pomysły wyjazdów na krańce świata, tutaj wpada wielu moich przyjaciół , bo u mnie w domu czują się dobrze. A tak naprawdę to w domu przebywam dłużej niż na wyjazdach, choć bywały lata, że te proporcje były odwrotne.

A.G. i M.O.Czy to prawda, że szczęśliwi czasu nie liczą? Dziś jest piątek, a u Ciebie w kalendarzu jest środa…

M.K.:To i tak dobrze. Czasami nie zrywam kartek przez kilka miesięcy. Czas tak szybko płynie, jeśli jest dobry, twórczy, to się go nie liczy. Zresztą mamy tylko jedno życie i trzeba je przeżyć jak najlepiej.

Najnowsze wydanie

Polub nas na Facebook-u