Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

Kwestionariusz osobowy Michała Kochańczyka

Dossier podróżnika:

Michał Kochańczyk, ur. w 1950 r., z wykształcenia ekonomista i afrykanista, jest  alpinistą, polarnikiem, podróżnikiem, żeglarzem, kajakarzem, wspinał się w Tatrach, Pamirze, Himalajach, Andach, w górach Afryki, na Spitsbergenie i Alasce. Był kierownikiem i uczestnikiem dwudziestu wypraw w góry wysokie. Jego największym osiągnięciem górskim jest udział w przeprowadzeniu nowej drogi na jedną z najtrudniejszych gór na świecie: na szczyt Fitz Roy w Patagonii. Jest prezesem Klubu Wysokogórskiego „Trójmiasto” w Gdańsku, instruktorem alpinizmu Polskiego Związku Alpinizmu.

Michał Kochanczyk

KWESTIONARIUSZ

W tradycji rodzinnej zapisana jest moja pierwsza samodzielna podróż. Otóż gdy miałem lat cztery, zdecydowałem się poskarżyć Mamie na  moją opiekunkę i powędrowałem z granicy Wrzeszcza i Oliwy z domu, w którym  mieszkam do tej pory, do Sopotu, gdzie pracowała moja Mama. Szedłem spokojnie wzdłuż linii tramwajowej (wówczas tramwaj docierał aż do Sopotu) i dopiero w Sopocie odnalazła mnie cała przerażana i zarazem szczęśliwa moja Mama.

Tych „pierwszych” samodzielnych podróży było bardzo dużo. W wieku jedenastu lat przedarłem się w czasie ostrej, śnieżnej zimy na nartach biegowych przez Lasy Oliwskie, porastające wzgórza na skraju Wysoczyzny Kaszubskiej, by zobaczyć co się kryje za tymi lasami. Dotarłem do drugiej strony lasu, do rozległych pól w okolicach Złotej Karczmy i Klukowej (nie było wówczas Obwodnicy Trójmiasta i licznych hipermarketów), czułem się niemal jak Vasco Núñez de Balboa, hiszpański odkrywca, który w 1513 roku przeprawił się przez Przesmyk Panamski i był pierwszym Europejczykiem, który zobaczył Ocean Spokojny.

Jako szesnastolatek po raz pierwszy brałem udział w pełnomorskim rejsie.. Płynęliśmy do NRD, wrześniowe sztormy zagoniły nasz drewniany jacht „Korsarz” daleko na północ do brzegów Szwecji, wówczas poznałem jak to można na morzu zdrowo dostać w kość oraz dotarło do mnie, że trzeba być twardzielem.

Na pierwszą swoją wielką wyprawę w Góry Wysokie załapałem się w wieku dwudziestu trzech lat. Mieliśmy jechać w Hindukusz Afgański, w Afganistanie zdetronizowano króla, pojawiliśmy się zatem w Pamirze Tadżyckim (wówczas Radzieckim). Była to ciężka wyprawa, a dla mnie to było spełnienie marzeń i dotknięcie tego, co do tej pory było tylko w książkach: egzotyki miejsc, poznania kolorytu długiej karawany, zobaczenia wysokich, strzelistych gór, przemierzania lodowców, wysokogórskich biwaków, lawiny i smaku górskiej porażki.  Zobaczyłem jak działa zespół, jakie są prawdziwe emocje podczas długiej wyprawy.

I przyszła pierwsza ekspedycja jako kierownika wyprawy. W wieku trzydziestu jeden lat prowadziłem wyprawę AKA w Gdańsku w Himalaje Garhwalu, w rejonie  Gangotri. Praktycznie otworzyliśmy ten ciekawy masyw górski świata dla polskich ekspedycji. Uczestnicy wyprawy weszli na siedmiotysięcznik Satopanth i trzy sześciotysięczniki. Ja oprócz satysfakcji z udanej wyprawy poznałem,  co to znaczy być odpowiedzialnym za uczestników wyprawy i za całe przedsięwzięcie.

Oj, chyba niefortunne jest to stwierdzenie, że podróżując szukamy czegoś, kogoś...  Bo wyruszam w podróż po przygodę, po  to czego nie znajdę, przeglądając nawet najciekawsze kanały z programami podróżniczymi. I ja tej przygody nie szukam, już sama podróż jest przygodą, jaką jest satysfakcja wejścia na dziewiczą górę, przemierzenie bezludnej pustyni czy spłynięcie groźną rzeką. Tak jak przygodą jest poznawanie życia ludzi żyjących w odmiennych strefach kulturowych czy świadomościowych. I w czasie podróży nawiązują się nowe zażyłości, przyjaźnie, których nie szukamy, bo powstają one mimowolnie, bo taki jest ten czar podróżowania. A że w czasie drogi zdarzają się różne niesamowite, i groźne, i niespodziewanie mile, warte opisania wydarzenia, to po prostu  nieodłączne atrybuty podróży.

Owszem, w czasie podróży podążam do miejsc,  do których nie dotarła nasza cywilizacja a przynajmniej masowy ruch turystyczny.  

 

Przygotowując podróż korzystam z wszelkich możliwych źródeł, by jak najlepiej przygotować się do podróży. Nie gardzę starymi przewodnikami, znajdują się w nich ciekawostki wycięte niepotrzebnie przy kolejnych wydaniach przez niekompetentnych redaktorów, korzystam jak najbardziej z wielu relacji opisanych w sieci, ale przede wszystkim docieram do ludzi, którzy już tam byli przede mną i od moich poprzedników wręcz wysysam wszelkie szczegóły i praktyczne rady. Żywy człowiek o wiele lepiej zhierarchizuje istotne zagadnienia w danym terenie, zrobi to o wiele lepiej niż najlepszy przewodnik książkowy. Miałem takie sytuacje, kiedy wyruszałem w miejsca nie opisane przez podróżników czy alpinistów, w które docierałem jako pierwszy Polak. Wówczas zbierałem informacje na miejscu, wynajmowałem przewodników. Niestety bezpowrotnie zanikły czasy, kiedy można było wyruszyć w miejsca o białych plamach na mapie świata. W tej chwili przez internet można ściągnąć dokładne topograficzne satelitarne mapy rosyjskie, obejmujące niemal cały świat. Ale nawet najlepsza mapa nie uchroni nas przed niespodziankami, przed jakimi możemy zabezpieczyć się, zbierając wszelkie praktyczne informacje przed wyjazdem jak i na miejscu od tubylczej ludności, wojska czy policji. Choć nawet mnie, staremu misiowi, zdarza się popełnić grzech zaniedbania, kiedy to w 2002 roku dałem się namówić na wyprawę na górę, której po prostu nie było☺

Wędrując w cywilizowanym świecie, korzystam najczęściej z przewodników „Lonely Planet”, które są opracowane w formie przydatnej amerykańskiemu turyście. Są one dość praktyczne, pokazują m.in. sprawdzone tanie hoteliki i restauracje, co jest ważne dla podróżnika niskobudżetowego. Choć trasy, jakimi się poruszam w interiorze, nie są opisane  w żadnych przewodnikach.

Świat się zmienia na naszych oczach. Gdy w 1984 roku jechaliśmy na wyprawę w Cordillera Patagonica, Piotr Lutyński, kierownik wyprawy, przez dwa lata kolekcjonował informacje o tym masywie górskim świata, prowadził listowną korespondencję z wieloma alpinistami, odwiedzał biblioteki górskie w Niemczech i Francji, sprowadzał czasopisma alpinistyczne z całego świata. A teraz w dobie internetu wszystko mamy niemal „pod ręką”, choć te informacje trzeba dobrze weryfikować.

Z podroży zawsze przywożę mnóstwo zdjęć, nakręcone filmy, notatki i trochę pamiątek. Nadal robię przeźrocza analogowymi aparatami, choć wiem, że i  na mnie przyjdzie czas przerzucenia się na fotografię cyfrową. Ale poczekam jeszcze trochę na jeszcze lepsze aparaty cyfrowe. Moje zbiory z podróży to co najmniej trzydzieści tysięcy przeźroczy, które mam jakoś uporządkowane i służą mi pomocą w pracy dydaktycznej, publicystycznej czy też dziennikarskiej. Bardzo często ratuję z opresji różne wydawnictwa, które szukają jakiegoś wyszukanego zdjęcia, a nie mogą go znaleźć w zbiorach ogólnodostępnych agencji fotograficznych.

Zazwyczaj podczas podróży staram się zapoznać ze wszelkimi dostępnymi specjałami kulinarnymi. Kosztowałem przepysznie przygotowane ośmiornice  w Singapurze, pikantne świnki morskie w  Peru, mrówki w ostrym sosie w Wenezueli, gotowane w ziołach myszy w Zambii, ostro przyprawione jądra kozła w Etiopii, zieloną, ziołową, słoną herbatę z masłem z jaka w Tybecie, czy przepaloną, zgrzytającą piaskiem wątrobę muflona na Saharze. Jedynie poddałem się po pierwszym skosztowaniu szwedzkiego specyfiku o nazwie surströmming czyli śledzia bałtyckiego na kwaśno, którego zapach jest wręczy obrzydliwy, a dla Szwedów ta potrawa jest wręcz rarytasem. Naprawdę jest to dzika atrakcja kulinarna. Te ryby się kisi, maceruje i sprzedaje w puszkach (wielkości mielonki, puszki są charakterystycznie wypuczone). Można jedynie tę potrawę przygotowywać  na działce, bo smród siarkowodoru przy otwarciu jest STRASZNY, a puszki trzeba otwierać pod wodą. Po otwarciu puszki ryby obiera się ze skóry, filetuje  i  je się z ziemniakami na gorąco, z czerwoną cebulką, chlebem typu podpłomyk i popija piwem lub Absolutem. Jest to makabryczny prezent dla teściowej, smród wchodzi w firanki i nie da się go ani wyprać ani wywabić.

Chyba największe moje podróżnicze rozczarowanie przeżyłem po przybyciu nad Niagarę. Te imponujące zjawisko wodne, ujęte w kleszczach widocznego mocno zabudowanego terenu, z całą okową wszechobecnego ruchu turystycznego, wyglądało  jak kiepska fotka z nędznego folderu reklamowego i daleko tym bystrzom było do majestatów Wodospadów Wiktorii, Iquasu czy Błękitnego Nilu. A tak naprawdę to nie zdarzały  mi się rozczarowania  w podróży, najczęściej bywały to tzw. „miłe rozczarowania”.

Lubię latać samolotami, jest to dla mnie ważny element odpoczynku podczas wyprawy. Zazwyczaj do samolotu wsiadam mocno niewyspany, po wyczerpujących dniach i nocach przygotowań i czas przelotu wykorzystuję na wyspanie się. Proszę zazwyczaj obsługę, by mnie nie budziła na posiłki i wzmocniony dwiema buteleczkami „lotniczego” wina zasypiam od razu. Czasami w trakcie lotu udaje mi się znaleźć w tyle samolotu rzędy wolnych foteli i wówczas wysypiam się po królewsku. Choć jako stary wyga, wiem,  kiedy się obudzić w samolocie, by zobaczyć wschód słońca nad Kilimadżaro czy ośnieżone szczyty Himalajów. Samolot to miejsce nawiązywania nowych znajomości, to szansa na zdobycie aktualnych informacji o celu naszej podróży. . Na szczęście są jeszcze linie lotnicze obsługiwane przez urocze stewardessy, a to miły widok dla męskiego oka. A dworce lotnicze, kiedy to czeka się na połączenia całymi godzinami, stwarzają okazję do przyglądnięcia się różnorodności świata ludzkiego w pigułce.

Zawsze w czasie wyprawy starałem się zmierzyć z czymś nowym, nieznanym, dotrzeć do najbardziej niedostępnych miejsc. Jeżeli mi się to nie udawało, to najczęściej z powodu braku środków. Choć z pewnością żałuję, że nie wędrowałem dłużej po niezwykle urokliwym masywie Tassili n'Ajjer na Saharze w Algierii. Rejon w tej chwili jest niedostępny, ale ja przecież nie mogłem przewidzieć prawie trzydzieści lat temu, jak rozwinie się sytuacja polityczna w tej części świata.

Oczywiście przed powrotem do domu kupuję sporo pamiątek z zamiarem obdarowania moich bliźnich. Z reguły robię te zakupy z zapasem, oszczędzam wówczas w domu mnóstwo czasu przy zakupie prezentu przed kolejnymi urodzinami czy imieninami, a różne egzotyczne durnostojki są atrakcyjnymi prezentami i przyjmowane są często wręcz entuzjastycznie.

Kuchnia, sposoby przygotowania potraw, ceremoniały spożywania posiłków stanowią jakże dużo o kulturze danego narodu i staram się, gdy tylko jest to możliwe, wniknąć w głąb rodzinnej społeczności i zapoznać się z lokalnym jedzeniem. Zazwyczaj podczas spożywania posiłku jest czas na rozmowę, podczas której mogę się dowiedzieć o miejscowych obyczajach więcej niż w niejednym przewodniku. Oczywiście nie unikam miejscowych „procentowych” specjałów, choć wielokrotnie miałem skrzywioną buzię po wypiciu wina palmowego, wódki z agawy, ciepłego piwa ryżowego czy niemal stuprocentowego samogonu.

 

Aparat fotograficzny jest ze mną niemal zawsze i bez niego czuję się jak bez ręki. Tych aparatów było trochę w czasie moich podróży i w zależności jak o nie dbałem, tak one odwzajemniały się swoją niezawodnością ☺

Takim przyjacielem w podróży jest także nieodłączny szwajcarski scyzoryk wieloostrzowy, który ma nożyczki do obcinania paznokci, korkociąg, miniaturowy śrubokręt, pilnik, piłkę do drewna i także malutkie kombinerki. Nie jestem w stanie wymienić całego pliku drobnych i większych napraw, które dokonałem za pomocą tego scyzoryka. Ostatnio zauważyłem, że w podróży towarzyszy mi duży litrowy kubek z nierdzewnej stali cienkościennej. Spełnia on rolę tak menażki do gotowania jak i kubka do picia.

Żałuję, że w 1989 roku nie pojechałem na wyprawę na Everest. Przez dwa lata przygotowywaliśmy z Eugeniuszem Chrobakiem wyprawę na tę górę. Zabieg operacyjny w dniu wyjazdu uniemożliwił mi wzięcie udziału w ekspedycji, a jestem głęboko przekonany, że gdybym był tam na miejscu, sytuacja rozwinęłaby się zupełnie inaczej i nie zginęłoby w lawinie pięciu uczestników wyprawy.

Były takie dni, pełne dramatycznych godzin i emocji, kiedy to namacalnie docierała do mnie świadomość kruchości ludzkiego życia: gdy podczas wyprawy na Nanga Parbat wydobywałem z lawiny ciało Piotra Kalmusa, gdy dotarłem do nieżyjącego już po upadku z McKinleya na Alasce Piotra Jankowiaka, kiedy to dosłownie na moich rękach umarła z wyczerpania Ania Bruzdowicz w Himalajach Garhwalu.

Sam otarłem się o śmierć w sposób zupełnie nieoczekiwany. Podczas postoju w górzystym terenie Etiopii, ciężarówka w której kabinie siedzieliśmy razem z Asią Chrobak, zaczęła się niespodziewanie  staczać z drogi i malutki, jedyny przy drodze, występ skalny uratował nas przed stoczeniem się w kilkusetmetrową przepaść. Widocznie pozwolono  nam jeszcze żyć....

 

Właściwe żyję tak intensywnie, tyle się wokół mnie dzieje, przygotowuję kolejne wyprawy, że brakuje czasu na sentymentalne wspomnienia z wielu przeżyć wyprawowych. Choć niewątpliwie są takie chwile, które zostały mocniej zapisane w pamięci.

Pamiętam smak przeprowadzonego przeze mnie pierwszego wyciągu na drodze Żuławskich na Żabim Mnichu, Andrzej Mulawa, mój pierwszy partner taternicki pozwolił mi przeprowadzić ten wyciąg.

Zawsze w pamięci pozostanie mi ta chwila, kiedy to nocą w sztormowej pogodzie, w ujściu Łaby, przy wejściu do Kanału Kilońskiego otarliśmy się małym jachtem o burtę wielkiego tankowca, a ja niepojętą dla mnie determinacją,  cały czas stałem przy sterze, ratując jacht przed staranowaniem przez stalowego kolosa.

I był ten wieczór, że siedzieliśmy z Elą Kuźmiuk na najwyższej wydmie na pustyni Namib, gapiliśmy się na morze wydm i czerwone słońce zachodzące gdzieś nad Atlantykiem, a wiatr tylko zawiewał nasze ślady na wydmie.

I była taka chwila niezwykłego koleżeństwa, kiedy w piątkę (Wiesiek Burzyński, Mirosław Falco-Dąsal, Jacek Kozaczkiewicz, Piotr Lutyński i ja) weszliśmy w wigilię 1984 roku nową drogą na Fitz Roya, cieszyliśmy się i też czuliśmy siłę naszego zespołu.

Emerytura podróżnika!? A co to takiego ?

A rozumiem, zasugerowanie ludziom ciekawych miejsc na spędzenie emerytalnych lat. Cóż, zawsze głosiłem hasło, że szczęście nie ma swojego adresu i bycie szczęśliwym ma znikomy związek z danym miejscem pobytu.

I trudno zasugerować coś konkretnego. Bo może i wyspy Oceanii są urocze, ale po jakimś czasie ludzie się będą nudzić, bo nie ma tam torów wyścigowych, lodowiska, opery czy filharmonii. Może Republika Południowej Afryki, rzeczywiście jest tam najlepszy klimat na świecie, ale też jest tam niebezpiecznie.

Wielu ludzi z Europy wybrało emeryturę na Wyspach Kanaryjskich, w dobie tanich linii lotniczych, można zawsze rozerwać się trochę na stałym kontynencie.

Zaproponowałbym jednak spędzić emerytalny czas w góralskiej chacie na południowych zboczach Gorców, bo i widok na całe Tatry i Podhale, a po wybudowaniu „Zakopianki” na premiery teatralne do Krakowa będzie można dotrzeć w ciągu dwóch godzin. Jeden bardzo znany podróżnik ma tam chatę i bardzo sobie to chwali.

Plan na Wielką Wyprawę:

Podejrzewam, że wielu ludzi na świecie ma swoją wymarzoną wizję podróży.

Moja jest następująca:

Na rowerze wybrałbym się z Gdańska (gdzie mieszkam) wzdłuż granicy Polski przez Suwałki do Przemyśla, następnie na piechotę powędrowałbym grzbietem łuku Karpat przez Ukrainę i Rumunię, po zejściu z gór spenetrowałbym ujście Dunaju, następnie przemierzyłbym Krym, stąd statkiem do Grecji, którą  zwiedziłbym dość dokładnie. Z Grecji przedostałbym się do Libii, by stamtąd poprzez oazy Djado i Bilma w Nigrze dotrzeć do Czadu i powspinać się w górach Tibesti, trochę popływałbym po jeziorze Czad, by co najmniej później przez trzy miesiące włóczyć się po Kamerunie. Z Kamerunu przedostałbym się do Demokratycznej Republiki Konga, a tam chciałbym spłynąć z Dilolo rzeką Kasai i Kongo do Oceanu Atlantyckiego. Potem przemieściłbym się do Botswany na deltę rzeki Okawango. Z Afryki poleciałbym do Pakistanu, by tam wspiąć się  w Karakorum na kilka dziewiczych sześciotysięczników, następnie poprzez pustynię Takla Makan w Chinach dotarłbym do Kotliny Turfańskiej. Z Chin poprzez Wietnam, Filipiny, Indonezję (w tym także Irian Jaya na Nowej Gwinei), Australię, Nową Zelandię zakończyłbym swoją podróż buszując po wyspach Pacyfiku, a jakby i tego było mi mało, przemierzyłbym potem obydwie Ameryki z południa na północ.

A póki co wybieramy się latem 2008 roku z Piotrem Opacianem na spływ rzeką Xingu w Brazylii.