Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

Wywiad Bożeny Aksamit z Michałem Kochańczykiem.

Gdy chłopiec nie boi się marzeń

Nie oceniam tych, którzy zdradzają żony i zaniedbują własne dzieci. Zatracają się w piciu albo pracy. Ja wybrałem inne życie. Nie mam etatu, żony, dzieci ani samochodu. Mam za to coś innego.

Michał Kochanczyk

                                                       Fot. Damian Kramski

Bożena Aksamit: Zaczęło się od.. 

Michał Kochańczyk: Od książek. Wszystko przez te książki. Wciągałem je jak odkurzacz: "Przygoda w Arktyce" Petera Freuchena, "Zdobycie bieguna południowego" Rolanda Amundsena, "Człowiek zdobywa Himalaje" Dorawskiego, Centkiewiczowie, Szklarski. May. Były ich dziesiątki. Czytałem na okrągło, a gdy rodzice kazali gasić światło, kończyłem pod kołdrą z latarką. Część Mama przywiozła z Krosna, pięknie wydane encyklopedie i przedwojenne powieści. Być może są jedyną pamiątką po żydowskim notariuszu, u którego pracowała w czasie wojny - podarował je Mamie, gdy zabierali go do getta. Książki podróżnicze dostarczała mi w hurtowych ilościach przyszywana ciotka, przyjaciółka rodziców, właścicielka antykwariatu. Siedząc w swoim pokoiku, poznałem cały ówczesny świat. Ja, chłopiec z domu na skraju Lasów Oliwskich, uwierzyłem, że kiedyś opłynę świat i wejdę na Mount Everest. 

Nie buntowałeś się? 

- Nigdy w życiu się nie buntowałem, zawsze robiłem to, na co miałem ochotę. 

Dlatego wymyśliłeś podróż psim zaprzęgiem? 

- To było wielkie marzenie. Każdy chłopak ma marzenia, ja chyba nie bałem się za nimi podążać. Pierwszy rok studiów, moi koledzy chodzili na prywatki, a ja szykowałem pierwszą ekspedycję. 

Robiłeś to wszystko w tajemnicy? 

- Tak. Od sierpnia do lutego ćwiczyłem psy sąsiadów - podwórkowe burki, brałem po jednym i biegałem po lesie. Gdy były w kupie, to się gryzły, więc zrobiłem im kagańce, obwiązywałem szmatami łapy, żeby się nie poraniły. Na początku ciągnęły wózek od mleczarza obciążony kamieniami. Nansenowskie sanie według zdjęcia z książki zrobił stolarz z dzielnicy. Poszedłem nawet do dyrektora zoo, bo wyczytałem, że baty robiono ze skóry fok. Suszone ryby, bo takimi karmiono na dalekiej północy psy, kupiłem u rybaków na Helu. I ruszyłem moim zaprzęgiem w podróż przez pola, lasy aż do Koszalina. Wracałem brzegiem Bałtyku. To było ważniejsze niż zaliczenie roku. Dookoła śnieżna zima, a ja gnam z psami przez tę przestrzeń, bez ograniczeń. Czułem się absolutnie wolny. Szczęśliwy. Pierwsze marzenie chłopca się spełniło. 

Skąd miałeś pieniądze? 

- Wstyd przyznać, startowałem w konkursach wiedzy politycznej, wykorzystywałem swoją pamięć. Wygrałem nawet z kolegami ogólnopolski turniej wiedzy o Leninie.

Nie bałeś się tej pierwszej wyprawy? 

- Tej na saniach? Coś ty, byłem absolutnie szczęśliwy. Bałem się rok później w grudniu '70. Z ciekawości pojechałem do Gdyni. Pamiętam moje przerażenie, gdy strzelali, i widziałem po raz pierwszy rannego człowieka. Kule świstały, a ja uciekałem, aż się kurzyło. 

Pierwszy raz wypłynąłeś... 

- W rejs na legendarnym "Korsarzu", jachcie Polskiego Klubu Morskiego, do Anglii. Świat zwalił mnie z nóg. U nas siermiężne czasy gomułkowskiej smuty, a w Londynie kolorowe ulice, roześmiana, pogodna młodzież. Nie mogłem się napatrzeć na panów w ładnych uniformach, którzy układali asfalt. Zatkało mnie, te kolory, zapachy. Mieliśmy pięć dolarów na dwa miesiące rejsu. Trzy poszły na opłaty portowe, a dwa wydaliśmy z kolegami na striptiz w Soho. W Rotterdamie siedziałem na nabrzeżu, piłem wodę i żułem nadgnity chleb z konserwą, a po drugiej stronie ulicy w restauracjach pili wino i zagryzali winogronami. Obiecałem sobie, że jak tu kiedyś jeszcze trafię, to zaproszę kogoś na prawdziwy obiad. I zaprosiłem. W '78 załatwiałem formalności wizowe w Rotterdamie w związku z wyprawą do Afryki. Zaprosiłem na kolację sympatyczną pielęgniarkę z Malezji. Miałem satysfakcję, że mnie stać. 

Poznałeś w końcu ten wielki świat? 

- Pochłonęło mnie wspinanie, zaczarowały góry. W Polsce prawie każdego dnia wspinałem się po ścianach zerwanych mostów, z kolegami urządzaliśmy długie nocne marsze po morenowych wzgórzach z czterdziestokilogramowym pakunkiem cegieł w plecaku, wynajdując po drodze jak największe podejścia. Rano sprawdzaliśmy wytrzymałość, wchodząc na kilkanaście wysokich sosen. Po dwóch sezonach wspinania w Tatrach zaproponowano mi udział w wyprawie w Hindukusz. Ruszyłem. 

Co jest takiego we wspinaczce, że tyle osób traci dla niej głowę? 

- Jak wytłumaczyć, co czuje człowiek, który dwa lata szykował ekspedycję, kilkanaście dni wisiał na ścianie szarpany wiatrem? Marzł, walczył ze zmęczeniem, zwątpieniem, z kawałkami lodu. I wygrał. Jak opowiedzieć o śmierci kolegi po drodze, pogrzebie, i zdobyciu szczytu kilka dni później? Bo gdy tam już jesteś, na nagrzanym słońcem wierzchołku, czujesz nieziemską radość, przepełnienie, satysfakcję, której nic nie odda.  

Spróbuj mi jednak powiedzieć po co? 

- Płacą ponad dwa złote od jednego metra. Opłaca się. 

Serio. 

- Większość alpinistów powiedziałaby: "Co za głupie pytanie!". Reinhold Messner zawsze mówił, że jeśli ktoś stawia w ten sposób pytanie, i tak nie zrozumie odpowiedzi. Ta potrzeba świadczy o królewskości istoty ludzkiej. Przecież człowiek jest nie tylko egzystencjalny. Życie to nie tylko jedzenie, picie, prokreacja. W górach, na ścianie, na szczycie odbieramy rzeczywistość inaczej, niż siedząc w fotelu i zmieniając pilotem kanały. Ale góry to nie wszystko. Ja wciąż spełniam swoje dziecięce marzenia - poznaję świat. Gdy koledzy wracali do domów, ja zostawałem, przemierzałem interior. Wówczas przychodziła refleksja, że ci ludzie tam żyją z zupełnie inną świadomością. Bo jeśli widzę, że etiopska dziewczyna ogląda zdjęcie naszej gdańskiej starówki do góry nogami, i w dodatku jest to jej zupełnie obojętne. Podróżowałem, pracowałem, uczyłem się języków. Robiłem zdjęcia, filmy. 

Po co? 

- W podróży często ogarnia cię zachwyt. Świat, szczególnie ten prawdziwy, a nie wymyślony przez speców od turystyki, jest czymś absolutnym. Jakbyś przez 24 godziny na dobę czytał najciekawszą książkę, tylko że wszystko dzieje się naprawdę. Czułem nie tylko temperaturę, smak, dotyk, wilgoć danego miejsca. Byłem w środku tego wszystkiego, co mnie interesowało. Poznałem, jak się pracuje w upale, w deszczu, jak gryzą komary, muchy, jak to jest być ukąszonym przez skorpiona. 

Ale takie życie nie jest naprawdę. 

- A jakie jest? Naprawdę jest ten, kto życie trawi na zarabianiu pieniędzy. Naprawdę jest piosenkarz lub aktor. Czemu złoczyńca jest traktowany poważniej niż podróżnik? 

Trochę przesadzasz. 

- Inność budzi niepokój, najłatwiej się obronić, deprecjonując lub wyśmiewając osoby, które żyją inaczej. Świat jest na szczęście różnorodny. Są po prostu ludzie, którzy mają potrzebę poznawania: jedni rozwiązują równania, inni robią niewidzialne farby, latają w kosmos albo nurkują. Można to nazwać niepokojem, który nie pozwala żyć od - do, tkwić w koleinach codzienności. Ja nie obśmiewam życia, które wiedzie spora grupa mężczyzn - pracują w korporacjach, mają pieniądze na coraz większe samochody i wspaniałe rezydencje. Nie oceniam tych, którzy zdradzają żony i zaniedbują własne dzieci. Zatracają się w piciu albo pracy, która jest tabletką uspokajającą. Ja wybrałem inne życie. Nie mam etatu, żony, dzieci ani samochodu. Mam za to coś innego. 

Miałeś kiedyś dosyć tej pasji? 

- Raz w życiu myślałem, że już po mnie. Zdążyłem tylko pomyśleć: "To już koniec? Tak krótko żyłem" - i zatrzymałem się na zaspie śnieżnej. Miałem 21 lat, to był pierwszy sezon taternicki, leciałem 40 metrów, koziołkując, czasami głową w dół. Cztery lata później wspinałem się na wschodniej ścianie Mnicha. Poszedłem na antybiotykach z gorączką. Wiszę na ścianie kilka godzin w zimnym deszczu i czuję, że tracę siły. Naraz obok wali piorun, tak blisko, że czuję swąd spalonego mchu. Dostałem wtedy takiego kopa, że jednak gdzieś jest ciepło, życie, że warto walczyć. Na wierzchołku wielka radość. To była hosanna. 

Płakałeś, gdy ginęli twoi koledzy? 

- Płakałem tylko na pogrzebie ojca. W górach emocje rozkładają się inaczej. Gdy podczas wyprawy na Mount McKinley na Alasce dotarłem do ciała Piotra Jankowiaka, poczułem ukłucie w sercu. Ułamek sekundy i koniec. "Jakie życie kruche" - wtedy takie myśli mają inną wagę, bo ty, tam wysoko, smagany wiatrem, deszczem, jesteś świadkiem tej kruchości. Wiesz, że koniec życia twojego kolegi stanie się dla jego bliskich początkiem cierpienia, tęsknoty, żalu i gniewu. Słowa zawsze w kontraście do śmierci będą banalne. Naprawdę każdy dzień potem smakuje już inaczej, bo pamiętasz, że dla niego tamten był ostatni, i dociera do ciebie z całą mocą, że każdy twój też może być ostatni. Pamiętam, gdy wracaliśmy z Alaski samochodem, i nagle zrobiło się pusto, bo brakowało czwartego, i strasznie gryzły nas komary.

? 

- Przedtem ssały tylko Piotra. I wtedy już wiesz, że nie będzie więcej rozmów, uścisku dłoni, śmiechu. Masz jednego przyjaciela mniej. 

Co to jest przyjaźń? 

- Przyjaźń to jest dobry czas z drugim człowiekiem. Zaufanie i ogromna zażyłość. Przyjaźń to konieczność odpuszczania, rezygnowania z twojego na rzecz naszego. Wisisz na ścianie, on chce tamtędy, a ty tędy - ktoś musi ustąpić. W górach przyjaźń przechodzi ekstremalne próby: złość, wściekłość, piekło, ale też czułość. Na jednej ścianie słychać: "powiedz, kwiatuszku, ile mam liny" i " ty ch..., zasuwaj bo ci z kutasa liny nie ukręcę". Człowiek czuje wszystko aż do rdzenia, do korzenia. Złość, strach, szczęście. W górach nie ma miejsca na półśrodki, półprawdy. Wysoko w górach jest bliżej Boga, człowiek jest tam nagi. To jest świat pełen prawdy o nas samych. 

Jak smakuje porażka? 

- A jak ma smakować? Gorzko. Brałem udział w wyprawach, w których nie zdobyłem szczytu. Włożyłem w nie dużo wysiłku, działy się przerażające rzeczy. Na jednej koledzy się odmrozili, pogoda załamała, a podmuch lawiny zmiótł ludzi. Na szczęście udało się ich uratować. Miałem wtedy zdecydowanie większą satysfakcję, że wszyscy cali wróciliśmy do domu, niż gdybyśmy zdobyli wierzchołek. Oczywiście, przytrafi się też wyprawa jak ta do Patagonii, gdzie pojechaliśmy w piątkę, wszyscy wróciliśmy, zrobiliśmy Fitz Roya, górę, która uchodzi za najtrudniejszą na świecie, nową drogą, w pięknym stylu. Czuliśmy się wtedy "tygodniowymi" bohaterami, proszono nas o wywiady w Buenos Aires, rozpoznawały nas dziewczyny w autobusach. 

Dopiero na dole poczuliście się bohaterami? 

- Często wejście na wierzchołek wiąże się z tak nieludzkim, zwierzęcym wysiłkiem, że w ogóle nie czuje się radości. Człowiek jest "zatruty" świadomością zejścia. Czasem nie wiadomo, czy starczy na nie sił, czy w namiotach jest jeszcze żywność, czy po drodze nie dojdzie do odmrożeń. Po miesiącach trudów na szczycie jest się pięć minut. 

O czym myślisz tam w górze? 

- Byłem na wyprawie na Nanga Parbat, gdzie napracowałem się jak głupi. Niestety, Piotrek Kalmus zleciał w lawinie. Jurek Kukuczka był wyżej, poszedł na szczyt, a ja zszedłem szukać zasypanego kolegi. Niestety, on zginął. Jurek zaś zdobył szczyt. Nie czułem się rozczarowany, bo znalazłem ciało kolegi. Gdy transportujesz ciało kolegi w dół, marzysz, żeby szczęśliwie dojść z nim do celu. Zamarznięte zwłoki są bardzo ciężkie, wokół skały, lód, wiatr. Trzeba go pochować w jakimś godnym miejscu, na chwilę się zatrzymać, wyszarpać ziemi miejsce na grób, pomodlić się. A potem go zostawić i iść w górę, bo nadal trwa akcja górska. Musisz być skupiony na każdym kroku. Refleksja o stracie przychodzi później. Oczywiście te refleksje są różne: ja po tej wyprawie cieszyłem się, że cały i zdrowy wracam do zielonych dolin himalajskich, kolega z wyprawy był zupełnie rozgoryczony i nieszczęśliwy, nie dotarł na wierzchołek, on miał sportowe ambicje. 

Nie robisz z siebie świętego? 

- Bywam wściekły, zły, rozgoryczony. Bywają wyjazdy tragiczne, jak wtedy, gdy na moich rękach umierała Ania Bruzdowicz, kierowniczka wyprawy. Powstały kontrowersje, czy sprowadzić osłabioną na dół, czy też pozostawić ją na tej samej wysokości, by doszła do siebie. Nie zawsze jest śmietanka. 

Góry zawsze były na pierwszym miejscu. Nie ożeniłeś się, nie masz dzieci.  

- Szczególnie jak byłem młody, wtedy rzeczywiście dziewczyna zawsze przegrywała z wyprawą. Do głowy mi nie przyszło, żeby brać ślub. Kobieta potrzebuje stabilności i oparcia, a dzieci ojca. Chciałem być wolny. 

To trochę egoistyczne.  

- To był wybór. Żony i dziewczyny alpinistów zostają na długie miesiące z lękiem o życie ukochanego. Gdy jechaliśmy na wyprawę, widziałem ile zgrzytów, siwych włosów kosztuje to moich kolegów. Ja nie miałem takich dylematów. 

Rok, tyle najdłużej wytrzymałeś z kobietą. 

- Gdy nie byłem do końca przekonany, nie wchodziłem w związek lub go kończyłem. Gdy miałem 35 lat, zakochałem się jak wariat, chciałem się żenić, walczyłem jak lew, pokazałem wszystkie swoje zalety. I przegrałem.

 A masz jakiś sposób na kobiety? 

- Ja się po prostu kobietami zachwycam. Uderza mnie ich powab, powiew świeżości, lekkość i swoboda, dynamika entuzjazmu. Szerzej odbierają świat zapachów i barw. Kobieta pięknem wypełnia przestrzeń. 

Nie mówiąc o tych wszystkich drobiazgach: na wyprawie w bazie pojawi się tu rzodkieweczka, tam plastereczki. Kobieta dostrzeże to, na co nigdy mężczyzna nie zwróci uwagi: plamę na spodniach, pomiętą koszulę czy kolor oczu. 

Nigdy nie miałeś pokusy, by związać się z jakąś ciemnoskórą pięknością? 

- Sfotografowałem podczas wędrówek setki kobiet, ale nie wchodziłem nigdy w związki erotyczne. To był platoniczny zachwyt urodą, egzotyką, pięknem. Gdy byłem pierwszy raz w Afryce, widziałem nad Nigrem piętnaście półnagich zgrabnych dziewcząt. Każda z nich niosła dzban na głowie. To było o poranku. Widok był tak zachwycający, że aspekt estetyczny wielokrotnie przewyższał erotyczny. Wiadomo, jak chodzą młode dziewczęta, cudowne piersi, a Afrykanki tak pięknie kręcą pośladkami. To działa na każdego mężczyznę. Obraz tych piętnastu piękności na tle rzeki o poranku zapadł mi w głowie jako coś nieziemskiego. 

Może ty się po prostu boisz bliskości? 

- Nie idealizujmy tak związków. Małżeństwo jest wielką loterią: czy się uda razem rozwijać, ufać sobie. Czy będziemy się sobą zachwycać za 20 lat. Nie udało mi się, mimo tego, że koleżanki mówiły o mnie "idealny kandydat na męża: duży, ciepły i głupi". 

Twoja samotność intryguje. 

- Oczywiście. Wielokrotnie pytano mnie, czy nie preferuję chłopców. Jakby można było być szczęśliwym tylko z kimś. Szczęście nie ma swojego adresu. Gdy z Jackiem Jezierskim, obecnym prezesem NIK-u, remontowaliśmy na Long Island dom bogatego bankiera, był krach na giełdzie. Stracił chyba z 20 mln dolarów jednego dnia. Wrócił do domu, zaległ na łóżku obok skóry geparda i zaczął się żalić, jaki on jest biedny, a zostały mu grube miliony. Mówię do niego: - Wiesz co, jak byłem w Kamerunie, płynąłem pirogą, to widziałem tubylców, którzy cieszyli się widokiem hipopotama niezdarnie zsuwającego się do wody. Oni mieli dziurawe portki, bez pięciu centów przy duszy, a byli bardziej szczęśliwi niż ty. - Taaak? Zastanawiał się długo. Oczywiście nie uwierzył. 

Musisz starać o pieniądze na kolejne podróże, nie zazdrościsz bogaczom?  

- Żyję skromnie, nie mam samochodu, eleganckiej odzieży. W Trójmieście poruszam się głównie rowerem. Jeżeli idę na imprezę do kolegów, którzy się dorobili, to gdy opuszczam spotkanie na rowerze, wówczas panowie, którzy mają porsche i mercedesy, zazdroszczą mi mojego stylu życia. Oni już na ten rower nie wsiądą. 

Może tak kręcisz się po świecie ze strachu przed samotnością?  

- Mam taką konstrukcję psychiczną, że samotności nie czuję. Nigdy nie czułem. Może to defekt? Jak odwiedzają mnie dziewczyny, to często słyszę: Ojej, jaki ty musisz być samotny, wracasz do pustego domu. Nie jestem, ale wiem, że mnóstwo osób czuje się samotnych, ale brakuje im odwagi, żeby wyjść do ludzi. Lubię swoje życie: świat gór, morza, pustyń, pisania, fotografowania, robienia filmów. Mam przyjaciół tu, w Gdańsku, którzy są wsparciem. Gdy trzeba przegadać ważne rzeczy i pożyczyć parę złotych. 

Boisz się starości? 

- Nie. Ja o tym nie myślę, oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że za chwilę może spotkać mnie coś złego. Ciągle wierzę, że przede mną szmat życia, i to ciekawego. Mam nadzieję, że spotkam kobietę, z którą założę rodzinę. Dbam o siebie, biegam, jeżdżę na rowerze, pływam kajakiem, żegluję. 

Jesteś słabszy? 

- Jasne. Mam taką górkę w lesie, kiedyś wbiegałem pod nią 10 razy, teraz tylko dwa. 

W naszej cywilizacji robi się ze starości, śmierci coś wstydliwego. To część życia, w Afryce śmierć odbywa się na oczach wszystkich, ktoś gaśnie powoli w szałasie, a dookoła toczy się życie. Osoba, która odchodzi, nie czuje się samotna, wie, że jest częścią jakiegoś większego, przekraczającego ludzkie wyobrażenia porządku. 

Zawsze byłeś taki zadowolony z siebie? 

- Jestem pogodzony ze sobą. Nie mam pretensji do świata. A mógłbym, chciałbym mieć lepsze zdrowie, np. jak Kukuczka lub Wielicki, mam tę świadomość, że wielu moich kolegów jest przystojniejszych ode mnie, że na nich przede wszystkim zwracają uwagę dziewczyny... Czasami przychodzi frasunek, że w sprawach finansowych nie potrafię sobie radzić tak, jak bym chciał. Mam kolegę, który jako dziecko klepał straszną biedę. Bywał po prostu głodny. Całe życie ustawił tak, żeby zrealizować dziecięce marzenie: być bogatym. I jest. Ja miałem inne: poznać świat. 

Poznałeś? 

- Ciągle mnie zadziwia. Kilka dni temu wracałem na rowerze z Borów Tucholskich. W Zapceniu, wiosce na krańcu świata, zaczepiła mnie kobiecina pod sklepem: - Taki żal, panie, że ten Michael Jackson umarł. Babulinka pewnie dalej niż do Brus w życiu nie dojechała, a Jacksona jej żal. Trudno się nie zachwycać światem. 

wywiad przeprowadziła Bożena Aksamit

 

2009-07-17, ostatnia aktualizacja 2009-07-17 12:12

 

clip_image001

 

 

* Michał Kochańczyk, ekonomista i afrykanista. Wspinał się w Tatrach, Pamirze, Himalajach, Andach, w górach Afryki, na Spitsbergenie i Alasce. Był kierownikiem i uczestnikiem dwudziestu wypraw w góry wysokie. Jego największe osiągnięcie górskie to przeprowadzenie nowej drogi na jedną z najtrudniejszych gór na świecie: na szczyt Fitz Roy w Patagonii. Przemierzył większość pustyń na świecie, wędrował przez wilgotne lasy równikowe, odkrywał ruiny preinkaskie w dorzeczu Ukajali, w czasie polarnej zimy przewędrował kilkaset kilometrów na nartach na Spitsbergenie, przepłynął w poprzek Bałtyk na drewnianej tratwie. Kopał złoto w Amazonii, pracował na plantacjach pieprzu i herbaty w Kerali w Indiach. 

Obecnie jest prezesem Klubu Wysokogórskiego "Trójmiasto" w Gdańsku, instruktorem Polskiego Związku Alpinizmu. Prowadzi wykłady fakultatywne o kulturach świata i o turystyce trekkingowej na Akademii Morskiej w Gdyni. 

Dwukrotnie odznaczony medalami za wybitne osiągnięcia sportowe, medalami za wybitne osiągnięcia andynistyczne. Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami wręczyło mu dyplom za uratowanie kota z wysokiej sosny.

www.kochanczyk.pl