Previous następna
Nr 5/2012 ...
Nr 4/2012 ...
Nr 3/2012 ...
Nr 1-2/2012 ...
nr 12/2011 ...
Nr 11/2011 ...
Nr 8-10 ...
Nr 7/2011 ...
Nr 6/2011 ...
Nr 5/2011 ...
Nr 3-4/2011 ...
Nr 1-2/2011 ...
Nr 9/2010 ...
Nr 7-8/2010 ...
Nr 6/2010 ...
Nr 5/2010 ...
Nr 3-4/2010 ...
Nr 1-2/2010 ...
Nr 12/2009 ...
Nr 11/2009 ...
Nr 10/2009 ...
Nr 9/2009 ...
Nr 7-8/2009 ...
Nr 6/2009 ...
Nr 5/2009 ...
NR 3/2009 ...
Nr 2/2009 ...
Nr 1/2009 ...

„Magik” – początek berlińskiej trylogii.

Historia przez duże i małe „h” - wywiad z Magdaleną Parys.

DSC 4808Magdalena Parys - dziennikarka i pisarka. Gdańszczanka z urodzenia. Mieszka w Berlinie. Autorka, m. in. „Tunelu”(2012) i „Magika”(2014). Akcja jej najnowszej powieści rozpoczyna się w 2011 roku, gdy w opuszczonej berlińskiej kamienicy policja znajduje zmasakrowane zwłoki pracownika Urzędu ds. Akt STASI. W tym samym czasie w Sofii, w tajemniczych okolicznościach, umiera niemiecki dziennikarz…

DSC 4750

 

Historia, ta przez duże H, wtrąciła sięw Pani życie, gdy jako nastolatka w 1984 roku zamieszkała z mamą i ojczymem w Berlinie Zachodnim. Koleżanki z Gdańska i Szczecina pewnie zazdrościły, a Pani buntowała się. Dlaczego?

Nie chciałam wyjeżdżać z Polski. W Szczecinie mieszkał mój tata, w Gdańsku dziadkowie. Miałam 13 lat, Polska była moim światem, domem, nie chciałam tego zostawiać, wyjeżdżać. W 1984 roku wyjazd oznaczał, że powrotu raczej nie będzie.

Czym różniła się szkoła w Berlinie Zachodnim od szkoły w Szczecinie?

Wszystkim. Polska szkoła tamtych lat to apele, tarcze, fartuszki, stanie na baczność. Były też pogadanki i referaty o Breżniewie, kiedy umarł. No i potem jest w moim życiu przerwa, stan aberracji, kiedy jestem na nie, bo nie chcę wyjeżdżać do innego kraju. A potem kompletny zawrót głowy. Kompletnie inny świat. W niemieckiej szkole, żeby przetrwać trzeba było być niepokornym, zbuntowanym, włączać się w dyskusje. Otwarcie bronić swoich racji. Rzecz w Polsce w latach osiemdziesiątych nie do pomyślenia. Połowę oceny stanowiła aktywność na lekcji. Moi nauczyciele mawiali: nie musisz mieć racji, masz tylko dobrze argumentować. Myśleć!

Czy lubiła Pani w szkole historię?

Tak, w Niemczech doszła do historii jeszcze polityka, przedmioty, których uczył mój ulubiony nauczyciel, Bachmann. Bardzo dużo mu zawdzięczam. Nie wiem też czy polubiłam je, bo on ich uczył, czy zawsze już to tkwiło we mnie. W każdym razie Bachmann bardzo mnie dopingował, jakoś we mnie wierzył, pomimo że na początku przecież niemal nie mówiłam po niemiecku. Czasem myślę, że tylko po to, żeby zrozumieć, o czym opowiada (klasa słuchała go jak zahipnotyzowana) uczyłam się niemieckiego, ćwiczyłam gardłowe „r” i miękkie „ch”, żeby nie tylko zrozumieć, ale i się zgłosić, przemóc strach przed tym, co inne, nowe.

Udało się?

W końcu tak. Wiedziałam, że zyskam szacunek tej klasy tylko wtedy, jeśli będę dobrą uczennicą. Pamiętam jak napisałam z historii klasówkę najlepiej z całej klasy i jak mnie Bachmann pochwalił. Do tej klasówki uczyłam się jak do żadnej innej. Mieszkałam wtedy w Niemczech może pół roku. Właściwie od tego dnia wszystko się zmieniło. Zyskałam przyjaciół i zostałam uznana za swoją. To była ważna lekcja w moim życiu. Okazało się, że pochodzenie kompletnie nie odgrywa roli, że od nas samych zależy prawie wszystko. Mieliśmy z Bachmannem taki deal. Pozwalał nam na różne błazeństwa, pod warunkiem, że jesteśmy przygotowani do lekcji. Uwielbiałam go za to. Tym, którzy mieli dobre oceny, czyli dużo dyskutowali, bronili swoich racji, pozwalał na wiele. Nigdy nie zapomnę, jak kolegę, który mnie zaczepiał i denerwował, i któremu przyłożyłam książką w głowę, Bachmann wyrzucił z klasy pod pretekstem, że niszczy książki! To był humor tej szkoły. Za chwilę wyleciałam z klasy ja. Każdy chciał wylecieć z klasy, bo wtedy oznaczało, że jest się przez Bachmanna dostrzeganym i lubianym. Na koniec roku zużyliśmy kilka rolek papieru toaletowego, żeby obwinąć jego samochód, to był akt podziękowania. Miał łzy w oczach: Tyle wysiłku dla mnie starego i cmoknął nas w rękę. Inny nauczyciel czuł się urażony, że nie jemu tak obwiązałyśmy samochód. To była fantastyczna szkoła.

Już jej nie ma?

Jest. Uczęszcza do niej mój syn. Wczoraj mi powiedział, że uwielbia swojego wychowawcę, i że nauczył się do klasówki z angielskiego dlatego, że pan John jest cool.

DSC 4794

W ubiegłym roku berlińczycy świętowali obalenie Muru. W tym roku będą fetować zjednoczenie Niemiec. Gdzie pozostały „blizny” po tej betonowej granicy? Gdyby do Berlina przyjechała osoba, która opuściła to miasto przed 1961 rokiem, to po jakich śladach odróżni część wschodnią od zachodniej?

Nie potrafię spojrzeć na Berlin oczami turysty ani kogoś, kto mieszkał tam przed rokiem 1961. Myślę, że turysta rozpozna tę granicę po prostu po kamieniach wmurowanych na pamiątkę w jezdnię i chodniki, tam gdzie przebiegał. Rozpoznaję instynktownie przebieg muru, ponieważ znam go aż za dobrze, wbił mi się w pamięć już na zawsze, jako stały element miasta niczym drzewo, które rosło tam jeszcze zanim się urodziłam. Moja szkoła graniczyła bezpośrednio z murem. Dzisiaj w tym miejscu jest wielka olbrzymia łąka, kiedyś była mniejsza a za nią mur. Może to dziwnie zabrzmi, ale ja rozpoznaję wschód natychmiast po oknach. Zawsze kiedy jestem w nowym mieście patrzę w okna, okna są jak oczy i wiele mówią o ludziach. Te na wschodzie Berlina są małe, takie kleksy w murze, szczególnie przy Checkpoint Charlie, byłym przejściu dla dyplomatów. Myślę, że z tym, który wyjechał przed 61 rokiem jest trochę jak z warszawiakiem przed i po wojnie, wiem, że to dziwne porównanie, ale żadne lepsze nie przychodzi mi do głowy. On też wiedział jak było przed, gdzie przebiegała linia tramwajowa a gdzie nie, gdzie stała kamienica, a teraz nie stoi, to się po prostu wie.

Od ponad trzydziestu lat żyje Pani po drugiej stronie Odry, ale często bywa w Polsce i ma okazję obserwować stosunek Polaków i Niemców do najnowszej przeszłości i tzw. tematyki rozliczeniowej. Polacy mają Instytut Pamięci Narodowej, a Niemcy Urząd ds. Akt STASI, zwany potocznie Urzędem Gaucka. Co nas różni w stosunku do działalności tych instytucji i tzw. polityki historycznej?

Nie korzystałam nigdy z informacji w tych instytucjach bezpośrednio. Znam jednak osobiście wielu naukowców, którzy dzięki informacjom z tych instytutów zrekonstruowali nieprawdopodobne wręcz historie. Właściwie to są gotowe scenariusze filmowe. Mój serdeczny przyjaciel, na podstawie tego, co tam znalazł, udowodnił, że jego znajomy ma na sumieniu życie kilku osób. Pisze teraz o tym książkę. Jeszcze inny, zasłużony polski opozycjonista, po latach znalazł kreta w berlińskiej Solidarności. Straszne, ja nie wiem, czy bym się odważyła na otwarcie tych teczek. A jednak powiem jedno, oby te instytucje były subwencjonowane jak najdłużej. Nie chodzi mi o rozpalanie niezdrowych emocji, dla mnie to po prostu skarbiec inspiracji, dla innych badanie historii, dla jeszcze innych to osobiste tragedie, odkrywanie prawd, z którymi potem jeszcze trudniej żyć. Pewien mądry poeta powiedział mi przed laty, że lepiej nie wiedzieć, lepiej umrzeć z pytaniem na ustach. Raz się z tym zgadzam, raz nie. Jednak myślę, że jeśli mamy mówić o różnicach to jest jedna podstawowa. W Urzędzie Gaucka najprawdopodobniej nawet ja mam swoją teczkę, chociaż byłam wówczas dzieckiem. Nie sądzę, żebym znalazła takową w Instytucie Pamięci. Inwigilacji i konfabulacji, w ogóle tego, co działo się w NRD, nie można porównać z tym co działo się w PRL.

Inspiracją do napisania „Magika” była informacja prasowa o 19-latku z NRD, który zginął w Bułgarii podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy bułgarsko – greckiej…

Takie prasowe przekazy to impulsy. Od tego wszystko się zaczyna. Gdzieś się tli w głowie, nie opuszcza, a potem trzeba o tym napisać. Kiedy już się pisze, sięga się po coś, czego ja jeszcze nie zgłębiłam, po prostu jest to stan pisania, coś poza mną. Ponieważ poruszam tematy historyczne, przychodzi taki moment, że trzeba się o coś solidnego oprzeć. Preferuję tu opracowania naukowe, tam nie ma emocji, wystarczy już, że we mnie się wszystko kotłuje, więcej emocji już bym nie zniosła. Lubię też dobre reportaże, w których ktoś już wszystko przefiltrował, filmy dokumentalne, ale i te sobie dozuję. Unikam rozmów z ludźmi. Korzystam z pracy reporterów, ale sama reporterką nie jestem. Staram się nie rozmawiać za bardzo ze świadkami historii. Jestem potem tak wyczerpana energetycznie, że nie mam już o czym pisać. Oni przeżyli te historie naprawdę. Ja nie jestem od prawdy, jestem od fikcji. Ktoś zaczyna zdanie, a ja je kończę. Piszę intuicyjnie, obudowuję historię czy to, co mnie zastanawia, fantazją. To od czego zaczęłam książkę i co pani przytoczyła w pytaniu, czyli cytaty, krótkie suche fakty, jest tym co rozbudziło moją wyobraźnię, trampoliną, od której mogłam się odbić.

Prace nad książką trwały prawie trzy lata, zebrała Pani bogatą dokumentację dotyczącą działalności policji politycznej NRD, Urzędu ds. Akt STASI, niemieckich rozliczeń z przeszłością, itp. Kto kryje się, np. pod postacią Christiana Schlangenbergera, polityka z elity zjednoczonych Niemiec, a w przeszłości oficera STASI?

Przeczytałam pół miliona książek, zrobiłam jakieś notatki, które zgubiłam. Skonstruowałam nawet jakiś szkielet historii, który potem wielokrotnie się zmieniał i odchodził od pierwotnej formy, rozgałęział się jak bluszcz. Książka się po prostu pisała. Schlangenberger to wymysł, nikt się pod nim nie kryje, zainspirowałam się tym, co słyszałam, widziałam, trochę sama przeżyłam. Myślę, że takich Schlangenbergerów jest sporo, mój jest tylko przerysowany. W każdym państwie i w każdej partii kryje się jakiś uśpiony dyktator. Jak to powiedział Eugen Sierke, polityka psuje charakter.

Wśród bohaterów „Magika” są barwne postaci berlińskich policjantów. Kto był pierwowzorem Waldemara Tschapiewskiego i Thomasa Kowalskiego?

W przypadku Tschapieskiego za inspirację posłużyło mi nazwisko sąsiada - i fakt, że kolejny Niemiec nosi polskie nazwisko, ale nie zna języka polskiego, mało tego, nie ma pojęcia skąd te polskie nazwisko się wzięło. Nawet jego dziadek nie mówił już po polsku. Mój partner, rdzenny berlińczyk, który nie ma korzeni polskich, dowiedział się dopiero będąc dorosłym człowiekiem, że jego dziadek nazywał się Jackowski. Nikt w rodzinie nie wie, dlaczego tak się nazywał, bo chociaż mówił ze specyficznym akcentem pomorskim, nie mówił już po polsku. Kiedyś przeprowadzałam wywiad ze słynną polityk z partii Zielonych, dokładnie ta sama sytuacja, w jej rodzinie też babcia miała polskie nazwisko, pochodziła z Olsztyna. Natomiast Thomas Kowalski to postań bardzo mi bliska, pochodzi w końcu z Gdańska (śmiech). Z tymi polskimi nazwiskami to jest w ogóle osobna historia. Niektórzy zarzucali mi, że jest ich w Magiku za dużo, nie przyjmowali takiej konwencji. To pokazuje mi jak mało Polacy wiedzą o tym, co jest za miedzą. Niemiecki czytelnik nawet nie zwróciłby uwagi na obecność polsko brzmiących nazwisk. Nie zwróciłby uwagi, bo to jego codzienność. W Niemczech jest po prostu mnóstwo Nowackich, Kowalskich i innych „skich”. Tak po prostu jest i koniec. Tak jak w Polsce mamy Millerów, Szmitów, Hofmanów i Hartmanów i to pomimo tego, że przecież nie jesteśmy państwem, które jak Niemcy przyjmowało uchodźców i gastarbeiterów. Często zapominamy po prostu, że Polacy nie emigrowali tylko w tym stuleciu. Weźmy historię Reichstagu. Miejsce, w którym dziś Reichstag stoi, jeszcze w 1881 roku należało do wybitnego rodu Raczyńskich, stał tam pałac Raczyńskich, w którym eksponowano cenne kolekcje obrazów. Natomiast Kancelaria Rzeszy do roku 1938 mieściła się w byłym Pałacu Radziwiłłów. Takich polskich miejsc w Berlinie jest sporo. Miejsc, a co dopiero ludzi. Niemcy to kraj przybyszów, najróżniejszych, a Berlin oddalony jest od polskich Słubic zaledwie o 80 kilometrów...

Gdyby powieściowa redaktor Dagmara Bosch spotkała w realnym świecie redaktor Magdalenę Parys, czy zostałyby przyjaciółkami?

Myślę, że natychmiast by się pokłóciły. Każda chciałaby udowodnić tej drugiej swoją rację.

alt

W czasie spotkania promującego „Magika”, zdradziła Pani, że ta książka jest pierwszą częścią trylogii berlińskiej. Kiedy do rąk czytelników trafi druga? Czy Dagmara Bosch i Thomas Kowalski ponownie połączą siły, by rozwikłać kryminalno – polityczną zagadkę?

Książka trafi do czytelników w przyszłym roku. Póki co jeszcze się pisze. Oczywiście zagadka jest znów kryminalno – polityczna, całkiem inna od poprzedniej. Rozwiązują ja wspólnie Kowalski i Dagmara i jest to książka, którą można czytać nie znając poprzedniej, ale więcej szczegółów nie chciałabym zdradzać.

Dziękuję za rozmowę i czekam na drugi tom berlińskiej trylogii.

Dorota Jesionek

zdjęcia Andy Pol

Najnowsze wydanie

Polub nas na Facebook-u